sobota, 6 grudnia 2014

JongKey 4.

Heej! Witam po dość długiej nieobecności. Jeżeli ktoś czekał - dziękuję, przepraszam i...no dziękuję ;; xD Trochę się porobiło i nie było nawet czasu myśleć o blogu. Jednak wyświetlenia bardzo miło mnie zaskoczyły... (Kiedy mówię zaskoczyły mam na myśli mnie więcej taką  reakcję : http://i.imgur.com/lQ9Ln.gif )
Już zapewne zauważyliście, że moim ukochanym pairingiem jest JongKey, więc... dzisiaj też JongKey! xD
Mam nadzieje, że wam się spodoba :) Za wszelkie błędy przepraszam ;;
______________________________________________

Hej głupku... Stoję i czekam. No halo. Czekam tu już z dobre...dwie minuty. Odwrócisz się wreszcie? Ile mam jeszcze czekać... Już mnie ramię boli od tego podpierania ściany! I to jeszcze w takiej pozycji. Kotku... Zostaw te gary i weź się obróć co...?
Stoję oparty ramieniem o framugę, wykonanych z ciemnego drewna, drzwi patrząc na Ciebie myjącego blachę po cieście. Mówisz coś pod nosem. Zapewne nucisz tą piosenkę z radia... Tą, którą słyszeliśmy rano w samochodzie.
Tak głupio zmarszczyłeś nos kiedy usłyszałeś pierwszy dźwięk... Mówiłeś, że jej nie lubisz. Akurat. Kiedy ty czegoś nie lubisz to znaczy, że za tym wręcz szalejesz. Tak samo nie lubisz zmywać naczyń. A co teraz robisz? No zmywasz naczynia. Przestań kręcić tym tyłkiem okej? Wcale... ale to wcale mnie tym nie rozpraszasz. Próbuję utrzymać tą pozycję w razie gdybyś JEDNAK z łaski swojej się odwrócił. Może odchrząknąć...?
Przechylam głowę w bok Patrząc ile jeszcze do mycia Ci zostało po chwili jednak uśmiechając się szeroko kiedy dostrzegam, że jeszcze tylko dwa talerze. W okół moich oczu pojawiają się zmarszczki, a skóra na policzkach się napina. Przeczesuję szarmancko włosy dłonią spostrzegając, że między palcami zostaje jeden siwy włos.
Kiedy ja się tak zestarzałem? Kiedy zacząłem siwieć? Kiedy dostałem pierwszych zmarszczek? Może to po naszej pierwszej kłótni? A może po drugiej? W rachubę jeszcze wchodzi ta trzecia... Ty też już nie jesteś taki młody. Obaj się zestarzeliśmy nawet nie wiedząc, że czas tak szybko zleciał... Nigdy o tym nie myślałem. Nie zastanawiałem się nad tym, że właśnie skończył się kolejny dzień, ani, że minęła kolejna rocznica, urodziny, imieniny. Żyję dzień za dniem uśmiechając się kiedy tylko mam okazję. O... znowu się uśmiecham. Nawet nie wiem czemu. 
Patrzę jak myjesz te talerze i sztućce stojąc jak nastolatek chcący poderwać koleżankę z klasy. Ramię już pulsuje bólem od wbijającego się kantu, ale ja nie zmieniam pozycji.
Pamiętam jak mając dwadzieścia lat stawałem w ten sam sposób w drzwiach twojego pokoju w uniwerku tylko po to żeby w końcu usłyszeć "Jonghyun wynoś się stąd!", "No i po coś tu przylazł?" czy "Jeszcze raz wejdziesz bez pozwolenia, a urwę Ci jaja i oprawię w ramkę!". Nie lubiłeś mnie. A przynajmniej tak mi się wydaje... Jak się wreszcie obrócisz to Cię o to zapytam. Ale ja lubiłem Ciebie. I to bardzo. Od zawsze. Doskonale o tym wiedziałeś. Każdy o tym wiedział! Jakie to żenujące... Jednak teraz myślę... jak mi się udało Cię zdobyć? Okej. Pamiętam, że było to dokładnie 28 sierpnia. Pamiętam, że stało się to kiedy po raz kolejny stanąłem w twoich drzwiach... Ale nie wiem czemu tym razem mi na to pozwoliłeś. Czemu zamiast zwyczajowego krzyku i rumieńców na policzkach przywitał mi lekki uśmiech i "Wiedziałem, że dzisiaj też przyjdziesz.".
Śmieję się na tyle cicho, że nie jesteś w stanie wyłapać tych dźwięków pośród szumu wody. Unoszę przy tym lekko ramiona, a zmarszczki na mojej twarzy znacznie się pogłębiają. Od tamtego czasu minęło ponad dwadzieścia lat.
Później było tylko lepiej pamiętasz? Chociaż mieliśmy swoje wzloty i upadki, nie powiem, że nie. Kilkakrotnie się wyprowadziłeś... Kilkakrotnie ja się wyniosłem... wiele razy nie odzywaliśmy się do siebie przez okres dłuższy niż było to konieczne. Nawet raz się rozeszliśmy. A przynajmniej tak to zrozumiałem... Nie przeszkodziło nam to jednak w całonocnym godzeniu się jeszcze tego samego wieczoru... Jaki ty wtedy byłeś szalony. Młodzieńcza werwa jak to nazywają. Latka lecą, ale warwa wciąż się Ciebie trzyma jak rzep psiego ogona. Jesteś niesamowity. Zawsze byłeś zresztą i podejrzewam, że dalej będziesz. Kibum. Do cholery. Skończ machać tym tyłkiem bo i moja młodzieńcza werwa Cię zaskoczy. O. Masz na sobie te granatowe spodnie, których nie lubię. Tym lepiej. Ściągnę je szybciej. Kupiłeś je tylko dlatego, że Ci tego zakazałem. Teraz jak tak o tym myślę, to ty robisz mnóstwo rzeczy tylko po to żeby zrobić mi na złość. Jesteś okropny.
Przestępuję z nogi na nogę na sekundę odrywając się od ściany. Prędko jednak wracam na swoją pozycję kiedy ty się lekko przekręcasz. Bez sensu... Znowu zwracasz się w stronę zlewu.
Ile mam jeszcze czekać? Naczekałem się już wystarczająco. Zawsze na Ciebie czekam! Czy to kiedy się malujesz,czy kiedy się ubierasz, czy kiedy robisz obiad, czy kiedy mamy gdzieś iść, czy kiedy masz wyjść z wanny, czy kiedy masz się wziąć za odkurzanie, czy kiedy masz do mnie dołączyć w sypialni, czy kiedy się przebierasz w sklepie, czy kiedy jesz, czy chociażby kiedy idziesz! Zawsze musiałem na Ciebie czekać. Kiedy ty stawiałeś pierwszy krok ja już byłem z pięć do przodu. Z jednej strony to ciągłe czekanie mnie męczy... Ale z drugiej, uważam, że warto. To brzmi jak ckliwy tekst z dramy albo co gorsza telenoweli... Ale kocham Cię i mógłbym na Ciebie czekać całe życie! Nic się nie zmieniło od czasów podstawówki... potem gimnazjum, liceum i studiów. No może tylko to, że denerwujesz mnie coraz mniej. Jestem dla Ciebie zbyt wyrozumiały... Ale to dlatego, że Cię kocham. Tak szalenie jak wtedy gdy byliśmy młodzi. Kiedy jedyne czego oczekiwaliśmy od życia to szczęścia, wolności i samych siebie. Ty też tak myślisz robaczku? Albo powinienem powiedzieć robaku...? Robaczki są słodkie. A ty słodki nie jesteś nawet jak śpisz. Ślinisz się, kopiesz, zabierasz mi kołdrę i jeszcze mnie czasami nawet uderzysz... A potem się pytasz czemu w nocy przenoszę się do salonu. Nie rozumiem nawet po co pytasz skoro i tak kiedy się budzę ty ciasno do mnie przylegasz żeby nie spaść z wąskiej kanapy. Owijasz się zaledwie koniuszkiem koca i spokojnie pochrapujesz ze stopami owiniętymi wokół moich. No dobrze... wtedy jesteś słodki. Ale tylko troszeczkę.
Odrywam się od framugi i korzystając z "chwili" twojej nieuwagi rozciągam się masując przy tym ramię. Krzywię się zaraz jednak przenosząc ciężar na drugą nogę opierając się druga stroną ramienia.
Tyle razem przeszliśmy. Tyle razy wycierałem twoje łzy. Tyle razy wywoływałem na twojej twarzy uśmiech. Tyle razy widziałem gniew w twoich oczach. Tyle razy tuliłem twe wątłe mimo lat  ciało do siebie. Tyle razy całowałem twoje słodkie wargi, które nigdy nie straciły na słodyczy. Tyle razy pomagałem Ci kiedy miałeś jakiś problem. Tyle razy nudziłem się z tobą kiedy pogoda nie sprzyjała, a w telewizji nie leciało nic ciekawego. Tyle razy błagałem Cię, żebyś nie przestawał mnie kochać. Tyle razy mówiłem Ci, że Cię kocham. Tyle razy obiecałem, że będę to robił. I do tej pory otrzymuję to wszystko w zamian... Ty chyba naprawdę mnie kochasz co?
Śmieję się trochę głośniej z własnego stwierdzenia tym razem jednak zwracając na siebie twoją uwagę. Wysoko unosisz wydepilowane idealnie brwi z blizna przecinającą prawą z nich. Uśmiechasz się lekko przez co na twojej twarzy też pojawiają się zmarszczki. Z każdą sekundą twój uśmiech staje się coraz szerszy, a w oczach tworzy się coraz więcej iskierek. Wycierasz dłonie w ścierkę wiszącą obok na haczyku i podchodzisz do mnie, łapiąc poły mojej koszuli kiedy jesteś wystarczająco blisko. Opierasz się o mnie całym ciałem przez co ja zmuszony jestem obrócić się całymi plecami do framugi. Przygryzasz dolną wargę niecierpliwiąc się jak dziecko.
Wiesz... mówią, że prawdziwa miłość to ta, która przetrwa lata rozłąki... Ja jednak dochodzę do wniosku, że prawdziwa miłość to ta, która przetrwała lata bycia razem...
-O czym myślisz?
-...O niczym kotku. O niczym ważnym...

sobota, 11 października 2014

Tae...(do wyboru)

Napisane pod wpływem chwili i emocji. Mam nadzieje, że wam się spodoba i każdy z was będzie potrafił znaleźć odpowiedni pairing dla siebie. Nie zabijajcie za błędy. .. pisane na telefonie xD
______________________________________
Myślisz, że wiesz czym jest wszystko?
Myślisz, że wiesz czym jest każdy twój krok?
Myślisz, że wiesz czym jest drugi człowiek?
Myślisz, że wiesz czym jest miłość?
Myślisz, że wiesz czym jest nienawiść?
Myślisz, że wiesz czym jest złość?
Myślisz, że wiesz czym jest radość?
Myślisz, że wiesz czym jest przebaczenie?
Myślisz, że wiesz czym jest smutek?
Myślisz, że wiesz czym jest szczęście?
Myślisz, że wiesz czym jest zazdrość?
Myślisz, że wiesz czym jest nadzieja?
Myślisz, że wiesz czym jest strata?
Myślisz, że wiesz czym jest wczoraj?
Myślisz, że wiesz czym jest dzisiaj?
Myślisz, że wiesz czym jest jutro?
Myślisz, że wiesz czym jesteś ty?
Dalej myślisz, że wiesz już wszystko?
***
Czym jest wszystko ?
-Taeminnie... chciałbym dać Ci wszystkie te gwiazdy na niebie.
-Tak mało?
-Jak to... mało...? Przecież to wszystkie gwiazdy na niebie. Nie jest ich mało...
-Nie rozumiesz ... kiedy kogoś kochasz nie istnieje coś takiego jak zawsze, wszystko, nieskończoność... bo nawet tyle to za mało.
***
Czym jest krok?
-Taeminnie dlaczego liczysz swoje kroki?
-52...53...54...55...
-Taeminnie odpowiesz mi?
-56...57...58...59...
-Te kroki są ważniejsze ode mnie?
-60...Spójrz ... kolejne 60 kroków, które przeszliśmy razem...
***
Czym jest drugi człowiek ?
-Taeminnie kim ja dla Ciebie jestem..?
-Jesteś mną...
-Słucham?
-Jesteś mną.
-Czy to nie samolubne?
-Skądże... Spójrz... kiedy patrzę w twoje oczy widzę siebie. Kiedy słucham Cię słyszę swoje imie. Kiedy Cię czuję to wtedy gdy dotykasz mnie. Kiedy o tobie myślę ty myślisz o mnie. Kiedy myślisz o sobie myślisz o mnie. Kiedy jesz myślisz czy i ja jem. Kiedy śpisz śpisz ze mną. Kiedy płaczę płaczesz ze mną. Lub przeze mnie. Kiedy sie śmiejesz śmiejesz się ze mną. Lub ze mnie. Kiedy jesteś zły złościsz się ze mną.  Lub na mnie. Kiedy się kochamy kochasz się ze mną. Jesteś we mnie. Ja żyję twoim życiem, a ty żyjesz moim. Dlatego ty jesteś mną. A ja jestem tobą. Dalej uważasz, że to samolubne?
***
Czym jest miłość?
-Taeminnie kochasz mnie?
-Nie.
-Naprawdę?
-Naprawdę.
-Dlaczego?
-Bo nie.
-Ale dlaczego? Kochałeś mnie...
-Nigdy Cię nie kochałem.
-W takim razie dlaczego dalej tu jesteś...?
-Bo Cię kocham.
-Ale przed chwilą powiedziałeś...
-Wiem co powiedziałem. Nie kocham Cię jednocześnie kochając Cię jak diabli. Gdybym powiedział, że Cię Kocham spytałbyś dlaczego. Za co. Nie wiem. Nie wiem z co Cię kocham. Chyba... za nic. Tak. Kocha sie za nic.
***
Czym jest nienawiść?
-Taeminnie lubisz mnie?
-Tak.
-Taeminnie nie lubisz mnie?
-Tak.
-A kochasz mnie Taeminnie?
-Tak.
-A nienawidzisz?
-Też. To chyba najbardziej.
-Dlaczego?
-Bo kocham Cię tak mocno, że aż Cię za to nienawidzę.
***
Czym jest złość?
-Taaaaemiiiin! Chodź tu natychmiast dzieciaku!
-Co się stało?
-Czy to ty pobiłeś mój kubek do kawy?
-...
-Ten z zielonym słońcem?
-...
-Taemin!!!!
-Przepraszam... chciałem napić się kawy...
-Czemu nie wziąłeś swojego kubka!?
-Bo na moim nie ma śladów twoich ust...
***
Czym jest radość?
-Czemu się tak cieszysz?
-Bo tu ze mną przyjechałeś.
-Przecież to tylko pobieranie krwi...
-No właśnie. A mimo to ty tu ze mną jesteś.
***
Czym jest przebaczenie?
-Zrobiłem coś okropnego.
-Co się stało Taeminnie...?
-Okłamałem Cię...
-Słucham?
-Umówiłem się wczoraj z Layem...
-Prze... przecież mówiłeś...
-Kłamałem.
-Czy... on Cię dotykał?
-Tak jak inni.
-Czy... podobało ci się to?
-Tak jak zwykle.
-Czy masz zamiar spotkać się z nim jeszcze raz...?
-Tak.
-Taeminnie...nigdy Ci tego nie wybacze...
-Przykro mi...
-Zejdź... zejdź mi z oczu...
-Dobrze.
-Wynoś sie!
-Rozumiem.
-Odejdź!
-Tak zrobię.
-I nigdy nie wracaj!
-Okej... tylko najpierw otwórz ten cholerny prezent urodzinowy, który pomógł mi wybrać...
***
Czym jest smutek?
-Dlaczego tu siedzisz?
-Bo mi smutno...
-Dlaczego Ci smutno?
-Bo skończyły się gumisie...
-I to tylko dlatego...?
-Nie.
-A wiec czemu jeszcze?
-Bo wiedziałem, że dopóki tu nie usiądę ty do mnie nie podejdziesz.
***
Czym jest szczęście?
-Dlaczego płaczesz?
-Bo piję kawę...
-Płaczesz przez głupią kawę?!
-Nie. Płaczę bo to najlepsza kawa w moim życiu.
-Przecież to rozpuszczalna.
-I co z tego?
-I do tego bez cukru.
-No i co?
-I bez mleka.
-Ale zrobiona przez ciebie.
***
Czym jest zazdrość?
-Zazdroszczę Ci...
-Dlaczego Taeminnie?
-Bo jesteś sobą.
-Ty też jesteś sobą.
-Ale nie jestem tobą...
-Dlaczego miałbyś być mną?
-Wiedziałbym więcej.
-Na przykład?
-Jak bardzo mnie kochasz.
***
Czym jest jest nadzieja?
-Przyjdziesz dzisiaj?
-Nie mogę...
-A jutro?
-Mam zajęcia...
-A pojutrze?
-Przepraszam...
-A po pojutrze?
-Jadę do dziadków...
-A po po pojutrze?
-Dlaczego Ci tak na tym zależy?
-Bo za tobą tęsknię...
***
Czym jest strata?
-Taemin on nie wróci...
-Wiem.
-Taemin on już więcej Cie nie przytuli...
-Wiem.
-Taemin już go więcej nie pocałujesz...
-Wiem.
-Taemin już nigdy nie obudzisz się u jego boku...
-Wiem.
-Taemin już nigdy nie kupi Ci mleka...
-Wiem.
-Taemin on umarł...
-Wiem.
-Wiec dlaczego nie płaczesz?
-Wiesz... jeżeli kogoś kochasz to on nigdy nie odchodzi.
***
Czym jest wczoraj?
-Jaki beznadziejny dzień... zupełnie jak wczoraj.
-Nieprawda.
-Jak to nie... beznadziejna pogoda, nie ma co robić, a obiad Jonghyuna jest ochydny...
-Wczoraj to nie pogoda. To nie obiad i nie siedzenie na kanapie. Wczoraj to twój pocałunek na dobranoc... był wczoraj, ale pamiętam go do dzisiaj.
***
Czym jest dzisiaj?
-Co dzisiaj jest?
-Wtorek.
-Nienawidzę wtorków...
-A ja zacząłem je lubić...
-Dlaczego?
-Bo dzisiaj jest wtorek. I to dzisiaj mogę pić z tobą kefir brzoskwiniowy...
***
Czym jest jutro?
-Co będziemy robić jutro?
-Najpierw wstaniemy. Otworzę oczy, a ty mnie przywitasz zasypanym uśmiechem.  Potem osobno weźmiemy gorący prysznic i spotkamy się w kuchni na śniadaniu. A potem pójdziemy do pracy i znowu nie zobaczymy się przez cały dzień. Ostatecznie wrócisz później ode mnie i kiedy ja będę już spał ty przyjdziesz i się położysz obok mnie. Ja się przebudzę i tak jak ty rano tym razem to ja się uśmiechnę.
-Zaplanowałeś sobie to wszystko?
-Nie. Ale o tym marzę.
***
Czym jesteś ty?
-Jak myślisz czym jestem??
-Czy to... żaba?
-Nie... no zgaduj!
-Hmmm jakieś zwierzę w ogóle?
-Poniekąd.
-Człowiek?
-To chyba logiczne...
-Nie zawsze. No dobra... święty Mikołaj?
-No weź nie rób sobie jaj!
-No przecież nie robie!
-...To się wal.
-Już wiem czym jesteś.
-Teraz to spieprzaj.
-Naprawdę wiem.
-Nie obchodzi mnie to.
-No daj mi ostatnią szanse.
-Nie!
-Taemin...
-...
-Prosze...?
-Masz jedną szansę. Jak nie zgadniesz to śpisz z Onew.
-Nie ma sprawy.
-W takim razie... czym jestem?
-Nie czym, ale kim. Miłością mojego życia.

czwartek, 2 października 2014

JongKey 3.

Heeej :) Co tam słychać moje mróweczki wędrowniczki? xD
Znowu mnie długo nie było. Przepraszam, to wszystko przez szkołę :(
Aczkolwiek widzę, że wam się wcale czytanie nie nudzi... Naprawdę zadziwia mnie ta bez przerwy rosnąca liczba wyświetleń ;;
Dzisiaj kolejny one shot. W weekend postaram się dodać następny rozdział "Słów."
Miłego czytania!
aha... Nie wiem czy, ktoś z was to zna czy nie.. aczkolwiek to była piosenka, która stała się moją inspiracją:
https://www.youtube.com/watch?v=BZsXcc_tC-o
_____________________________________________
-Kibum... powiedz mi jak to się skończy...
Wiedziałem o co mu chodziło. Patrzyłem na niego beznamiętnie myśląc czy wtedy miał rację. Dopiero po chwili na moich ustach wykwitł lekki uśmiech, a ja zacząłem.
-Tak jak się zaczęło Jonghyunnie...
***
-Opowiedz mi to jeszcze raz. Proszę. Ostatni raz.
-Mówisz to każdego wieczoru Bummie. Co za dużo to niezdrowo.
-Oh daj już spokój. I tak nie zasnę teraz. No opowiadaj...
Pomachał tylko głowa z politowaniem posłusznie układając się na naszym łóżku. Pozwolił mi położyć głowę na jego ramieniu i wtulić twarz w zagłębienie jego szyi. Powoli przysuwałem się coraz bliżej aż całkowicie nie złączyłem się z nim klatką piersiową. Wdychałem zapach jego żelu pod prysznic, którego aromat roznosił się i tak już w całym pokoju. Był ciepły. Bardzo ciepły. Niedawno się kąpał. To pewnie dlatego. Dalej czułem jego wilgotne kosmyki na moim czole. Uwielbiałem to. Kiedy pozwalał mi położyć się tak jak teraz, wtulić jak dziecko w matkę i usypiać pod wpływem jego głosu. A ja w stu procentach mu ufając słuchałem powoli pogrążając się w śnie.
-Był sobie pewien chłopak. Nie wiem jak miał na imię. Nazwijmy go przykładowo Jonghyun...
Tutaj zawsze się śmiałem. Zawsze mnie to bawiło. Kiedy ja zaczynałem się śmiać on ściskał lekko moje ucho żebym przestał mu przeszkadzać w opowieści życia... A ja wtedy śmiałem się jeszcze bardziej.
-Miał 21 lat. Nie miał żadnego celu w życiu. Toczył się, snuł ulicami, wlekł się jak czas. Sekundy ulatywały mu między palcami ale on nie robił sobie z tym nic. No bo.. co miał zrobić?
-Może się ruszyć?
-No, ale przecież nie miał celu. To miał chodzić bez celu? Wychodzi na to samo. I znowu mi przerywasz.
-Przepraszam. Mów dalej kotku.
Prychał tylko machając głową jednak ja bardziej to czułem niż widziałem. Uśmiechałem się pod nosem wtulając mocniej w jego klatkę. Zaczynał wtedy drapać mnie lekko między łopatkami wywołując na moim ciele gęsią skórkę.
-Miał nadzieję, że pewnego dnia coś się zmieni. Że nie obudzi się sam jak zazwyczaj. Że nie będzie jadł śniadania siedząc samotnie przy stole. Że nie pójdzie do pracy i nie wróci z niej do pustego domu. Jednak sam nie był w stanie zmienić nic.
-A jednak zmienił...
-Kibum. Może chcesz opowiedzieć za mnie?
-No już już opowiadaj dalej i się nie denerwuj tak.
-Eh... Wyszedł z domu lecz tym razem poszedł inną drogą. Ciemną. Mroczną. Niezbadaną. Bowiem nie bał się niczego.
-Znowu ominąłeś fragment...
-Właśnie chciałem do tego nawiązać wiesz?
-No i po co kłamiesz? Przecież wiem, że po prostu o tym zapomniałeś...
-No i przegiąłeś. Nie opowiadam dalej.
-No Jonghyun... przepraszam. Już się więcej nie odezwę.
-Nie wierzę Ci.. ale dobrze.
To było już naszą małą rutyną. Każdego wieczora opowiadał mi tą samą historię. Każdego wieczora się śmiałem tuląc do jego ciała. Każdego wieczora mu przeszkadzałem. Każdego wieczora się użeraliśmy szeptem... Każdego wieczora zapominał o jednym fragmencie, a później się denerwował bo mu to wypominałem. Ale każdego wieczora robiliśmy to razem. Tak zwykłe rzeczy. Po jakimś czasie dopiero zrozumiałem, że to niesamowite. Że to cud. To, że mogę dzielić codzienność z kimś kogo kocham. Bo tak naprawdę to to czyni nas szczęśliwymi. Nie prezenty. Nie wyznania miłosne. Nie wielkie czyny. Ale proste czynności, których zazwyczaj nie doceniamy. Gdybym obudził się jutro ze świadomością, że to był tylko sen... umarłbym. Tęskniłbym.
Za tak prostymi czynnościami. Które dzieliłem tylko z nim.
Za porannym pocałunkiem kiedy jeszcze będąc na jawie zaczynałem wygadywać głupoty...
Za wspólnym ubieraniem się kiedy ja wybierałem ubrania jemu, a on mnie.
Za jedzeniem razem śniadania. Nie zawsze było smaczne. Nie zawsze było nawet dobre do spożycia...
Za chwilami kiedy przez dłuższy czas nie mogliśmy rozstać się w drzwiach domu co chwilę jakoś to przedłużając. To klucze. To całus. To kolejny całus. To obiad. To pranie. To sąsiadka. To jakiś żart. To jeszcze jeden całus. Byle się nie rozejść.
Za smsami, które wysyłaliśmy sobie nawzajem w pracy.
Za telefonami, które pozwalały nam usłyszeć swój głos choć przez 5 minut.
Za zdjęciami, które robiliśmy kiedy tylko mogliśmy.
Za praniem, które rozwieszaliśmy razem.
Za filmami, które oglądaliśmy rozwaleni na kanapie w za dużych koszulkach.
Za pracą w której zawsze coś przeszkadzało.
Za chwilami zapomnienia kiedy byliśmy sami.
Za głupimi zakupami, które robiliśmy co dwa dni.
Za głupim zetknięciem palców podczas spaceru.
Za głupim "Spadaj." "Idź sobie." "Zaraz Ci coś zrobię." czy nawet "Mam Cię już dość."
Za tym wszystkim i innymi rzeczami bym bezgranicznie tęsknił.
-Nie bał się bo nie miał czego. Kiedy był mały mieszkał w domku jednorodzinnym w małym miasteczku. Miał kilku przyjaciół. Wszyscy mieszkali bardzo blisko siebie. Jednak był tam stary dom. Legenda głosiła, że kobieta, która w nim mieszkała była czarownicą. I kiedy ktoś spojrzał w jej szklane oko... widział swoją śmierć. Pewnego dnia mały Jonghyun założył się z kolegami, że pójdzie do tego domu i spojrzy kobiecie w oczy.  Zgodził się. Bez strachu zadzwonił do drzwi wiedźmy a ta otworzyła z uśmiechem za ustach. Spodziewała się go. Zaprosiła go do środka. Nikt nie wiedział co się tam stało jednak Jongyun po kilku minutach wyszedł rozradowany jak małe dziecko. Od tamtego czasu nie bał się niczego.. bo wiedział, że nie umrze. Nie w taki sposób.
-To teraz dalej. Dalej.
-Kibum miałeś się już nie odzywać.
-No dobra. To od teraz się nie odezwę. Tylko mów dalej.
-Wracając do wcześniejszej opowieści... Jonghyun poszedł inną drogą niż zwykle. W lesie spotkał miliony strasznych stworów. Jednym z nich był olbrzym. Otto. Otto miał ponad 3 metry, krzywy nos, a lewa część jego twarzy była zapadnięta. Jednak Jonghyun nie bał się go. Razem z Otto wyruszyli dalej. Ruszyli w stronę pracy Jonghyuna... jednak nigdy tam nie dotarli. Za to znaleźli się z małym miasteczku, którego trawa była bardziej zielona od samej zieleni.
-Jak coś może być bardziej zielone niż zielony?
-A no widzisz. Może. Nie przeszkadzaj jak się rozkręcam. W każdym bądź razie to miasto nosiło wdzięczną nazwę Greenville. Wszyscy mieszkańcy chodzili boso. Ubrani w odświętne stroje tańczyli na zielonej trawie wykrzykując słowa piosenek. Jeden z nich podszedł do Jonghyuna i powiedział "Czekaliśmy na Ciebie. Spóźniłeś się troszeczkę." Cały wieczór tańczyli i śpiewali. Jednak To nie tego Jonghyun szukał. Pożegnał się ze wszystkimi i ruszył dalej.
-Jonghyun to zamienia się w bajkę dla dzieci...
-O boże zawsze tu przerywasz...
-Bo chcę żebyś przeszedł do sedna sprawy. Co zmieniło Jonghyuna??
-No dobrze.. Bla bla był z Otto w cyrku, poznał pana Yui kierownika cyrku okrągłego jak piłka balonowa, poznał bliźniaczki Lai Lai i Lei Lei, które mimo iż były dwie miały tylko jedno ciało, poznał białego jak śnieg człowieka o imieniu Pluto, który z zamiłowaniem pisał wiersze i wiele wiele innych osób. I wtedy... poznał Kibuma. Kiedy wrócił z wojny przechodząc przez kolejne nieznane mu miasto wpadł na pewną drobną osóbkę. On zamiast przeprosić krzyknęła tylko "JAK CHODZISZ PACANIE!?" i zaczął się ocierać z kurzu... Jednak kiedy tylko uniósł głowę i spojrzał w oczy Jonghyuna wszelkie przekleństwa zatrzymały się w jego ustach. Wtedy właśnie... Jonghyun znalazł to co tak go zmieniło...
Na tym momencie zazwyczaj zaczynałem przysypiać.. czasami wcześniej...
-Jonghyun pokochał Kibuma takiego jakim był. Czekał na niego i nie miał zamiaru go zostawić... Razem z Kibumem zamieszkali w małym domku niedaleko Greenville...Jednak nie zawsze było tak kolorowo jak być powinno... Bo Jonghyun był...
-Jonghyun...?
-Tak Bummie?
-Czy ta historia jest prawdziwa?
-Oczywiście, że tak!
-Dlaczego kłamiesz... przecież wiem, że wiedźma nie istnieje.. nie ma 3 metrowego człowieka imieniem Otto... ani nawet pana Yui. Nikt nie istnieje. Więc... nie... okłamuj mnie...
Zasypiałem ledwo kończąc ostatnie zdanie. Nigdy nie dowiedziałem się dlaczego nie było kolorowo....Aż do teraz.
***
-Kibum... powiedz mi jak to się skończy...
Wiedziałem o co mu chodziło. Patrzyłem na niego beznamiętnie myśląc czy wtedy miał rację. Dopiero po chwili na moich ustach wykwitł lekki uśmiech, a ja zacząłem.
-Tak jak się zaczęło Jonghyunnie...
-Opowiedz mi o tym...
-Ale jak?
-Znasz już tą bajkę... dokończ ją.
-No.. no dobrze...
Zacząłem opowiadać ze łzami w oczach. Trzymałem jego rękę. Tą silną dłoń, która zawsze trzymała mnie. Teraz już nie może tego robić. Jest zbyt słaba.
-Bo Jonghyun był... chory. Jonghyun był bardzo chory. Ale nigdy nie dał Kibumowi tego odczuć. Żyli szczęśliwie jak nikt. Kochali się tak jak nikt. Jonghyun opowiadał mu o sobie tak, że Kibum z dnia na dzień wiedział coraz więcej. Ale nigdy nie wiedział najważniejszego. Jednak pewnego dnia Jonghyun poczuł się źle... Bardzo źle.. Tak źle jak nigdy. Pojechali do szpitala. Jonghyun umierał. Kibum siedział przy nim cały czas. Nawet zasnął. Jednak gdy się obudził... Jonghyun usmiechał się szeroko. Poprosił żeby Kibum przyniósł wózek.. żeby zabrał go stąd. Żeby pojechali jak najdalej od szpitala. Kibum wziął posłusznie wózek i zabrał Jonghyuna. Jechali przez korytarz tak szybko, że pielęgniarce podwiało spódniczkę. Nagle z nikąd pojawił się Otto i bliźniaczki Lai i Lei. Jonghyun krzyknął tylko "Zatrzymajcie lekarza" zanim wjechał na wózku do  windy. Otto jednym ruchem rozwalił ścianę, a bliźniaczki powstrzymały pielęgniarki przewracając wózek z lekami. Kibum z Jonghyunem już byli na dworze. Mijali kolejne miejsca o których kiedyś opowiadał im Jonghyun. Minęli wiedźmę ze szklanym okiem, która nawet ukłoniła się Jonghyunowi! Przejechali przez Greenville aż dotarli do cyrku gdzie czekał na nich pan Yui. Powiedział tylko "Jonghyunnie... ty nigdy nie umrzesz. Twoja dusza zawsze będzie zaklęta w tej opowieści...". I miał rację. Bo właśnie tak to się kończy. Tak, że się wcale nie kończy...Zawsze zostaniesz... ze mną i w swojej wyimaginowanej opowieści... Jonghyun kocham Cię... Jonghyun..? Jonghyun? JONGHYUN!
***
Po Jonghyunie została mi tylko jego zmyślona historyjka...Teraz stojąc przed jego zimnym ciałem dotykam jego policzka... i czuję jedynie tęsknotę. Przemożną chęć odwrócenia czasu i powtórzenia tego wszystkiego jeszcze raz. Nic nie będzie już takie jak było. Już nigdy więcej nie usłyszę historii o nas. Nigdy nie przytulę się do niego. Nigdy nie poczuję jego pachnących piżmem włosów. Nigdy nie zobaczę jego zaspanej twarzy. Nigdy nie usłyszę "Nie kocham Cię już! Nie! Dlaczego? Bo mi znowu przełączyłeś boks! Dzisiaj miał grać Misiek!" Już nigdy nie będę mógł zażartować z jego białych włosów. Już nigdy nie wypłaczę się w jego silne ramie. Już nigdy nie wrócę do domu z hukiem otwierając drzwi krzycząc od wejścia "JONGHYUNNIE JESTEM MISIACZKU!"... bo on mi nie odpowie...
Zniżam się żeby ucałować po raz ostatni jego martwe usta jednak nie daję rady.Zanim nasze usta się spotykają ja wybucham głośnym płaczem. Odwracam się i dopiero wtedy dochodzi do mnie myśl... że go straciłem. Że straciłem ideał. Bo oto przede mną stoi niski mężczyzna z czarnym wąsem. Tak pulchny, że wygląda jak piłka... Pan Yui. Z matka Jonghyuna rozmawiają dwie bliźniaczki. Dwie identyczne kobiety złączone jednym ciałem. Lai Lai i Lei Lei.... Na jednym z tylnych krzeseł siedzi wielki mężczyzna z zapadniętą lewą stroną twarzy. Jego łzy wielkie jak kamienie spływają ciężko na kamienną posadzkę. Otto... Przy wejściu stoi szaro włosa, zmarszczona kobieta z przepaską na prawym oku... wiedźma. Tuż obok niej stoi człowiek o cerze białej jak śnieg. Włosach białych jak śnieżynki. Oczach białych jak mleko. Pluto... W okół mnie są wszyscy Ci w których istnienie nie mogłem uwierzyć...
Jednak to prawda. Oni wszyscy istnieją. Oni wszyscy są częścią życia Jonghyuna. Oni wszyscy są częścią Jonghyuna...
-Nigdy byś mnie nie okłamał prawda...?
Pytam sam siebie odwracając się jeszcze w stronę ukochanego. Wygląda jakby spał... Po prostu jakby zasnął. Jakby za chwilę miał się przekręcić na drugi bok i otulić mnie ramieniem w okół pasa. Jakby zaraz miał wyszeptać mi do ucha senne "Jeszcze pięć minut Bummie..." mimo, że może spać dużo dłużej. Jakby miał niedługo się obudzić z podkrążonymi oczami i śmiejąc się powiedzieć "To wszystko przez Ciebie..". Jednak on się nie obudzi. Nie wstanie. Nie zacznie się śmiać ani na mnie nie nakrzyczy. Zamiast tego będzie spał... Nie w tej trumnie. Nie. Nie w tym drewnianym pudle. W moim sercu. I w sercach tych wszystkich ludzi...
Bo Jonghyun nigdy nie umrze.
Nie on.
Nie tym razem...

sobota, 6 września 2014

JongKey 2.

Witam po wakacjach! ^ ^ Jak wam minęły te 2 miesiące? Bo mi szczerze powiedziawszy bardzo szybko ._. Wyjazdy co chwilę to do babci, to na obóz, to z rodzicami... wszystko i nic. A wy gdzieś byliście?
Właśnie... WY. nawet sobie nie wyobrażacie mojej reakcji kiedy weszłam wczoraj w nocy na bloga z myślą "Jutro już wstawię, a teraz sprawdzę co ja tam pisałam...". Wchodzę... a tam blisko 1200 wyświetleń i nowe komentarze.... zaczęłam sprawdzać, czy to na pewno mój blog ._. Dziękuję wam! Nie wiem kto mi tyle tego nabił... ale to naprawdę miłe. Po dwóch miesiącach zobaczyć wzrost wyświetleń do takiego stopnia... I jeszcze te komentarze. Dziękuję za każdy. POWTARZAM SIĘ! Ale taka prawda... Dziękuję :))
Ale teraz zapraszam na nowego JongKeya ^ ^ Pamiętajcie... wytykajcie każdy błąd ._. xD
Miłego czytania :)
__________________________________________________
-Dzień dobry. Kim Kibum prawda? Nazywam się Kim Jonghyun, jestem szefem pańskiego ucznia Joaquina i dziś to ja będę dla pana gotował. Czy wybrał pan już dania?
Pamiętam to jakby to było dzisiaj wiesz Jonghyun? To było około cztery lata temu. Moja klasa licząca 28 osób pisała ostatni test w roku. W mojej klasie był także Joaquin, który pracował w twojej restauracji. Po wynikach testu jako podziękowanie za lata wspólnej nauki zaprosił mnie do J&K. Po zajęciach od razu tam pojechałem i zachwycając się pomieszczeniem usiadłem przy stole w końcu sali. Tuż pod oknem. Do dzisiaj pamiętam numerek... To jest mój stolik. Zawsze tu przychodzę i czekam aż wreszcie do mnie podejdziesz jak za pierwszym razem.
Usiadłem wtedy i pierwsze co zrobiłem to wziąłem do rąk kartę dań... Było w niej mnóstwo nazw dań, których nigdy wcześniej nie widziałem. Jakieś Gallette, antrykoty, quiche, focaccia i wieeele innych. Kiedy w końcu stwierdziłem, że zabieram się stąd bo to nie miejsce dla takiego kogoś jak ja zobaczyłem Ciebie... Wychodziłeś z kuchni. Zarzuciłeś żółtą ściereczkę na ramię i przeczesałeś dłonią białe włosy. Uśmiechnąłeś się do kobiety siedzącej bliżej, zajadającej się chyba pannacottą, a potem odwróciłeś twarz w moją stronę. Zwolniłeś na chwilę, a potem uśmiechając się kącikiem ust podszedłeś do mojego stolika. Z każdym twoim krokiem moje serce uderzało coraz mocniej nie do końca wiedziałem dlaczego. Twoje spojrzenie było takie... dzikie. Przeszywało mnie na wylot. Miałem wrażenie, że penetruje mnie od stóp po sam czubek głowy. Zupełnie jakbyś patrząc tylko potrafił powiedzieć jaki jestem, co lubię, a czego nie. Byłeś jak zwierzę. Jak gepard czekający na swoją ofiarę... w tym przypadku na mnie. Z każdą sekundą twój uśmiech stawał się coraz szerszy, a spojrzenie zaczynało palić. Przyjemnie palić. W końcu stanąłeś przede mną i odezwałeś się tym zniewalającym głosem. Bez przerwy patrzyłeś prosto w moje oczy koniuszkiem języka zahaczając o dolną wargę. Mruczałeś na tyle cicho żeby nikt nie słyszał, ale na tyle głośno żebym usłyszał ja. Nie skupiałem się nawet na twoich słowach. Jedynie na melodii twojego zmysłowego szeptu. Widząc emocje wypisane na twojej twarzy sam się uśmiechnąłem półgębkiem i równie cicho odpowiedziałem używając twojego imienia widocznego na plakietce na piersi.
-Zaskocz mnie... Jonghyunnie.
Kiedy tylko otworzyłem usta twoje źrenice powiększyły się, a mięśnie na twarzy spięły się do tego stopnia, że widziałem jak przełykasz ślinę. Czekałeś na moje słowa tak ja na twoje. Po raz kolejny oblizałeś usta i kłaniając się lekko zacząłeś się cofać. Cały czas podążałem za tobą wzrokiem. Przyglądałem się twoim silnym dłoniom splecionym z tyłu w okolicach kości ogonowej. Dzięki temu po chwili spojrzałem na dwie kształtne półkule nazywane potocznie pośladkami. Były idealne. Ty byłeś idealny. Cały ty. Twoje swobodnie opadające na czoło partie grzywki, twój uśmiech sięgający samych oczu, twoje pełne usta (których pragnąłem na moich własnych...), twoje szerokie braki, umięśnione ramiona widoczne nawet pod luźnym kucharskim fartuchem, męskie dłonie naznaczone żyłkami, zwężająca się ku dołowi talia, twoje biodra przytrzymujące ciemne spodnie, twoje szczupłe nogi.
Zaraz po tobie przyszedł do mnie kelner stawiając na stoliku butelkę czerwonego wina. Spojrzałem na nią ze zgorszeniem po czym uśmiechnąłem się do mężczyzny i nalałem trochę znienawidzonego trunku. Chciałem ledwie sprawdzić... Przyniosłeś pierwsze danie. Potem kolejne. I deser. Za każdym razem stawiałem przede mną talerz tłumacząc co się na nim znajduje. Marchewki glazurowane w miodzie, piersi z kurczaka nadziewane ricottą owinięte w szynkę parmeńską z dodatkiem fasolki szparagowej z orzechami, a na koniec czekoladowe fondant...
Te wszystkie dania sprawiły, że przeżyłem pierwszy w życiu kulinarny orgazm. Zakochałem się. Pieprzyłem te dania własnymi ustami chcąc coraz więcej. Nie dlatego, że to było coś co uwielbiałem... Szczerze powiedziawszy od miodu zwykle robiło mi się nie dobrze, nie cierpiałem ani szynki parmeńskiej ani orzechów, a do białej czekolady z której mus był na górze deseru miałem uraz jeszcze z dzieciństwa... ale mając świadomość, że te rzeczy robił on... znany Kim Jonghyun... że to właśnie jego dłonie z pełną pasją przygotowywały te posiłki by potem dostarczyć je mi sprawiały, że to było najlepsze co mnie w życiu spotkało. To było coś bez czego teraz nie mógłbym się obejść. Marchewki były drażniąco słodkie. Ich smak przelewał się w moim gardle podrażniając je od nadmiaru słodyczy, ale nie byłem w stanie powstrzymać się od jedzenia. piersi z kurczaka były idealnie słone, kwaśne, miękkie tak, że aż rozpływały mi się w ustach. A za to deser... Czekoladowe fondant... Tego nie jestem w stanie opisać do dnia dzisiejszego. Nie ma słów, które opisały by smak tej czekolady złączonej z cierpkim i gorzkim winem, które stało się nieodłączną częścią tego obiadu. Czułem się jakbym miał się zaraz popłakać od nadmiaru emocji. Czułem wszystko naraz... To dosłownie było jak seks... wpierw słodka gra wstępna omamiająca wszystkie twoje zmysły... potem największa zabawa. Kiedy nie panujesz już nad sobą, a jedynie czujesz... i na koniec... słodko gorzki orgazm po którym przez kilka następnych chwil nie wiesz co się w okół Ciebie dzieje. Nie byłem w stanie spojrzeć Ci po tym w oczy. Nie wiem czy właśnie takie uczucia chciałeś we mnie wywołać czy to tylko moje chore postrzeganie rzeczywistości... ale wstyd mi było znów spojrzeć w twe czekoladowe tęczówki. Wtedy było by już całkowicie po mnie. Leżałbym na całej linii. Przyznałbym, że się poddaje. Że jestem za słaby by Ci się sprzeciwić. Taka była prawda choć bałem się do tego przyznać sobie samemu.
Przychodziłem tam codziennie. Przez jakiś czas obserwowałem Cię z daleka. Próbowałem twoich dań i za każdym razem przeżywałem to samo. Zacząłem Cię po jakimś czasie pragnąć bardziej niż czegokolwiek. Niż szczęścia, niż bólu, niż słodyczy czekolady, niż gorzkiego posmaku wina... Kojarzyłem Cię z nimi. Z czekoladą i winem. Byłeś słodki, niewinny, taki szczery gdy gotowałeś. Gdy widziałem przez szybę skupienie malujące się na twojej twarzy wiedziałem, że robiłeś to z miłością. Za to kiedy na mnie patrzyłeś, kiedy ukradkiem muskałeś moją dłoń leżącą na stole, kiedy zwracałeś się do mnie tak dobrze już znanym mi pomrukiem byłeś gorzki i drażniący całe me ciało jak wino gardło. Właśnie tym dla mnie początkowo byłeś. Fascynowałeś mnie. Aż nie zdałem sobie sprawy... że ta chora fascynacja to po prostu miłość. Pragnienie. Strach przed utratą.
Po miesiącu powiedziałem wreszcie "Dzisiaj. O północy, tutaj. Słodki wieczór.". Tylko tyle. I wyszedłem nawet nie patrząc na twoją minę. Słodki wieczór to była wyjątkowa atrakcja. Można było wybrać jednego z kucharzy i zaprosić go na taki wieczorek polegający... na zabawie. Wybrany kucharz przygotowywał kilka potraw, zasłaniał Ci oczy, a ty musiałeś zgadywać. W zamiar za odgadnięte potrawy otrzymywało się nagrodę. Na przykład darmowe desery przez tydzień, wejście do kuchni, kilkudniowe praktyki czy inne atrakcje. Dla mnie liczyły się tylko chwile sam na sam z szefem kuchni. Kiedy przyszedłem od razu zostałem zabrany przez Ciebie do kuchni, posadzony na metalowym blacie, a ty zasłoniłeś mi oczy czerwoną chustką.
Czułem twoje palce muskające moje policzki.
Twoje dłonie zaciskające mocno węzeł z tyłu mojej głowy.
Czułem jak stanałeś między moimi nogami, żeby być jak najbliżej.
Czułem ciepło twojego oddechu na swojej twarzy.
Czułem twoją obecność.
Próbowałem kolejnych dań nie odgadując żadnego z nich. Śmiałeś się ze mnie, a potem podawałeś łyżkę bądź widelec z następną porcją. Łapałeś mój podbródek i rozwierał kciukiem moje wargi. Pozwalałem Ci na to, a nawet na jeszcze więcej. Chciałem tego. W końcu... zgadłem. Deser. Tort Pavlovej. Tort bezowy. Najlepszy jaki w życiu jadłem. W nagrodę odsłoniłeś moje oczy i wędrując nosem po moim poliku powiedziałeś, że życzenie należy do mnie. Powiedziałem jedynie "Pocałuj mnie", a ty zrobiłeś to bez wahania. Wpiłeś się boleśnie w moje wargi zgniatając je swoimi własnymi. Odpowiadałem równie gorliwie chłonąc sekundę za sekundą. Oboje oddychaliśmy nosem, żeby stracić jak najmniej. Żeby nie oderwać się od siebie nawet na sekundę. Nie wiem nawet jak nasze ciuchy wylądowały na ziemi, a my obaj pieszcząc nawzajem swoje ciała wiliśmy się po kuchennym stole. To było wspaniałe. Nie chciałem, żeby się kończyło. Chciałem jeszcze więcej. Dużo więcej. Chciałem Cię na wyłączność.
I w końcu dostałem. Pozwoliłeś mi przy sobie zostać na dłużej. Z każdym dniem ja zakochiwałem się w tobie coraz bardziej tak jak ty we mnie... Nasze pierwsze walentynki... myślałem, że zapomniałeś. Ale wtedy dostałem babeczkę. Była w niej notatka. Potem dostałem ciasteczko. Potem czekoladowo winną tartę. Potem kawałek tortu. Potem lizaka. Potem ptysia. Potem suflet. I na końcu Pavlovą. Kawałek bezy w której była zabezpieczona notatka. Poszedłem w miejsce które widniało na karteczce. Park w którym po raz pierwszym powiedziałeś mi, że mnie kochasz. Na ławce na której to się stało leżał gliniany kubeczek z czekoladowym fondant... obok niej koperta... a w niej ostatnia notatka.
"Myliłem się."
Nie kochałeś mnie. Wtedy nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Nie wiem na co liczyłem... ale na pewno nie na to... Poszedłem na dach budynku w którym mieszkałem. Płakałem przez cały czas. Nie byłem w stanie się uśmiechnąć. Tak bardzo Cię wtedy pragnąłem nienawidzić. Tak bardzo mnie to bolało... A jednak kiedy stanąłem przed tobą ty się uśmiechałeś. Pamiętasz? Zapytałeś "Wiesz po co była ta cała zabawa?", a ja wtedy wybuchłem.. zacząłem krzyczeć, i oskarżać Cię, a ty tylko śmiejąc się podszedłeś do mnie i wytłumaczyłeś mi wszystko... Chciałeś, żebym czytając notatki pojawiał się w miejscach, które nas łączyły... Żebym przypominał sobie te wszystkie sytuacje. Te dobre słowa i nie. Kłótnie i słodkie słówka. Żebym zrozumiał, że nawet jeżeli ja o tym zapomniałem, to ty nie. Że zawsze będziesz pamiętał. Bo mnie nie kochasz.... bo miłość to za mało. Bo to co do mnie czujesz to coś więcej niż jakaś tam miłość... I wtedy poprosiłeś mnie o rękę. Może i nie możliwym dla nas było wziąć ślub, ale obrączka na palcu była czymś w rodzaju "Widzisz? Moje uczucia do Ciebie są tak wielkie, że zawierzam Ci wszystko... na zawsze.". Zgodziłem się. Oczywiście, że się zgodziłem. Jak mógłbym tego nie zrobić...?
Żyliśmy jak w bajce. Mojej własnej. Przepraszam... naszej. Nie było to o tyle romantyczne i pełne niesamowitych chwil życie... co po prostu normalność. I to było wspaniałe. Ta normalność. Rutyna przez którą przechodzimy razem. Kochałem to. Kiedy rano budziłem się przez zapach świeżej kawy. Obracałem się w prawo a tam ty kucałeś przy naszym łóżku z białym kubkiem pełnym parującego napoju. Uśmiechałeś, a potem odkładając kawę na półkę rzucałeś się na mnie przygniatając do materaca. Całowałeś mnie kilka razy w usta śmiejąc się jak dziecko bo ja Cię zawsze przez to nazywałem głupkiem. Leżeliśmy razem jeszcze długo tarzając się po łóżku, owijając kołdrą, śmiejąc się z naszych fryzur, nazywając się brzydalami i śmierdzielami. Obaj śmieliśmy się z tego mimo wszystko dalej się całując, przytulając i przyduszając poduszkami. Potem zostawiając zimna już kawę ścigaliśmy się do łazienki gdzie przy jednym lustrze obok siebie myliśmy zęby. Popychaliśmy się umazani cali w białej paście co jakiś czas skradając sobie białego całusa. Potem razem braliśmy gorącą kąpiel gdzie ja myłem Ciebie, a ty mnie. Myłem Ci głowę, a ty nakładałeś mi na włosy odżywkę. Z piany robiliśmy sobie wąsy i brodę, pianką do golenia malowaliśmy serduszka na klatkach. Rozlewaliśmy wodę za wannę kiedy próbowaliśmy się nawzajem podtopić. Potem goliłem Cię, a ty nakładałeś mi balsam na ciało. Razem jedliśmy śniadanie karmiąc się albo nawzajem albo samemu komentując wszystko potem słowami "jesz jak świnia". Rozstawaliśmy się w restauracji. Brałem zrobiony przez Ciebie lunch i jechałem na uczelnie. Kochałem te nic nieznaczące chwile kiedy mogłem zawiesić Ci się na szyi prawie Cię dusząc, a ty mnie podrzucałeś na plecy i potem jak dwa głupki biegaliśmy po domu udając samoloty. Byliśmy jak dzieci. Ale właśnie to kochałem najbardziej. Ale wszystko co dobre musi się skończyć prawda? Musiałeś wyjechać... Na trzy tygodnie. Obiecałeś, że wrócisz i zabierzesz mnie na frytki do pierwszego lepszego fast fooda jakiego napotkamy... Ale ty nie wracałeś. cztery tygodnie... żadnej wiadomości.... sześć, dwadzieścia, trzydzieści... Rok. Zapomniałeś o mnie? Nie wiedziałem... Ale dalej trwałem w naszym domu, przyjeżdżałem codziennie do restauracji i siedziałem przy tym samym stole marząc żebyś za chwilę podszedł z miską swojej zupy szafranowej i całując mnie w skroń życzył smacznego... Ale tak się nie działo. Podobno miałeś wypadek. Nie wiem nic na ten temat. Tylko tyle, że po dwóch tygodniach obecności tam miałeś wypadek i trafiłeś do szpitala. Przeżyłeś. Tylko tyle wiem. Dlatego czekam. Może wrócisz, żeby przeprosić za tak długa nieobecność...?
Tak jak zawsze dzisiaj siedzę przy stoliku numer 79 przy oknie w rogu sali. Siedzę i piję wino. To samo co zwykle. To które kojarzy mi się z tobą. I wszystko było by tak jak zwykle... gdyby nie to, że ty właśnie stanąłeś przede mną. Tak jak po raz pierwszy. Białe włosy, ten sam pewny siebie uśmiech, silnie dłonie trzymające kartę dań, fartuch kucharza...
-Dzień dobry. Kim Kibum prawda? Nazywam się Kim Jonghyun, jestem szefem pańskiego ucznia Joaquina i dziś to ja będę dla pana gotował. Czy wybrał pan już dania?
Nie wiem co mam robić... przecież... co?
Zrozumiałem dopiero po chwili... Dopiero w chwili gdy spojrzałem na twoja dłoń... zobaczyłem, że nie ma na niej pierścionka. Nigdy go nie ściągałeś. I nigdy byś nie ściągnął....Chyba, że byś mnie nie znał.
Już rozumiem...
-Zaskocz mnie... Jonghyunnie...

piątek, 27 czerwca 2014

JongNew 1.

Heeeej ;; Przepraszam, za tak długą nieobecność. Szkoła oceny i osobiste sprawy wzięły górę...Ale to nie znaczy, że nic przez ten czas nie robiłam! ^ ^ Cały czas aktywnie uczestniczyłam w tworzeniu fanficków czego wynikiem będą wstawione oneshot i dwa rozdziały nowego opowiadania. Naszła mnie wena i nie mogłam nie napisać xD Mam nadzieję, że spodoba się i jakoś ujdzie mi płazem ta nieobecność ._.
Miłego czytania ;3
___________________________________________

-Taemin zawołaj Minho i Jonghyuna. Zaraz wychodzimy, a oni najwyraźniej dalej się mizdrzą.
Całą wypowiedź wręcz wypluł z odrazą jednak w porę zakamuflował to udając, że zaczyna się krztusić własną śliną. Dlaczego tak bardzo nie podobała mu się perspektywa spóźniających się chłopaków? No cóż. Nie chodziło o samo to, że się spóźniali, ale co było tego powodem. Onew wiedział doskonale co się działo w pokoju żaby jeszcze kilkanaście minut wcześniej. I tym bardziej utwierdził się w tym kiedy po schodach skulony w sobie zszedł zarumieniony jak buraczek Taemin, a za nim trzymający się za ręce chłopcy patrząc na siebie z nieskrywanym pożądaniem. Właśnie tego nienawidził Onew. Wiedział, że to co się działo jeszcze chwilę temu w ich pokoju nie było ani grzeczne, ani urocze i słodkie, ani tym bardziej piękne, jak to powinno wyglądać. A mianowicie....Przed sekunda Minho zerżnął Jonghyuna przywiązując go uprzednio najprawdopodobniej taśmą do ramy łóżka. Zrobił mu trzy malinki na szyi i namalował czerwonym pisakiem serduszko na prawej ręce. To wszystko wywnioskować można było patrząc po prostu na Jonghyuna. Onew spojrzał na niego na zaledwie pół sekundy, ale to mu wystarczyło aby zakochać się w nim jeszcze mocniej, znienawidzić Minho jeszcze bardziej ,poczuć jeszcze większe obrzydzenie do pokoju rapera i stracić chęć do wszystkiego. A już w szczególności do jakiegokolwiek wyjścia. Teraz najchętniej schowałby się pod kołdrę, napisał czternasto stronnicową notatkę o tym jak to bardzo nienawidzi Minho, kocha Jonghyuna i nie cierpi samego siebie za to, że jest takim tchórzem. Dlaczego? Bo to przez niego chłopcy się zeszli. Najstarszy członek zespołu podkochiwał się w głównym wokaliście od samego początku. Jednocześnie wiedząc, że raper chciałby chodzić z Jonghyunem. Wytrwał sam przez 5 lat tej udręki płacząc w poduszkę kiedy nikt nie widział, spisując swoje marzenia, pomagając sobie chusteczkami kiedy tego potrzebował najbardziej, powstrzymując się od wyznania Jonghynowi swoich uczuć. Jednak kiedy wreszcie chciał to zrobić....stchórzył. Stał przed nim wpatrując się w tą dinozaurzą twarz przyjaciela. Było mu tak trudno kiedy powiedział "Jonghyun ja muszę Ci co powiedzieć." a młodszy tylko uśmiechnął do niego pocieszająco i pogłaskał po policzku chcąc go tym pospieszyć. Pogorszył tylko sprawę. Onew tak bardzo wtedy obawiał się tego, że może stracić to co było miedzy nimi teraz, że zamiast powiedzieć "Kocham Cię" on powiedział "Myślę, że powinieneś porozmawiać z Minho. On się w tobie chyba zakochał."
 Jonghyun był wtedy zawiedziony jednak jak ten ułomowaty lider mógł to dostrzec? Nie ma bata. A Jonghyun nie będzie czekał wieczność. On też ma swoje potrzeby. Wiedział, że to nie było rozsądne. oddawać się takiemu mężczyźnie jak Minho. Jednak....skoro Onew go nie chciał..musiał się odkochać, a jedynym wyjściem z takiej sytuacji jest zakochanie się w kimś innym. Ale...to nie poskutkowało...Jonghyun mimo tych lat...nie poczuł niczego głębszego do Minho, tak naprawdę nawet seks nie sprawiał mu przyjemności. Jednak nie poddawał się...Dalej przy nim trwał mając nadzieję, że kiedyś spojrzy na żabiego i stwierdzi krótko "kocham go." Jednak narazie jedyną osobą na widok której w głowie kotłowały mu się takie myśli był ten zidiociały ślepy lider w tej chwili uroczo kichający jak mały piesek.
-apsik...eh...no dobra. No to do vana brygada. Minho. Następnym razem nie będę was wołał i pojedziemy bez was. Nastawiajcie sobie budzik chociaż czy cuś.
Oczywiście. Najlepiej jest złość, smutek, nienawiść, żal zamienić w żart. Powiedzieć to z uśmiechem tak aby nikt się niczego nie domyslił. W ten sposób nikogo nie zmartwisz. Nie przestraszysz i nie zdekoncentrujesz. Przy tym jednak musisz pamiętać aby nie zadrżał Ci głos. Drgnęła powieka czy kącik ust. Żeby nie zaciskać zbyt mocno szczęk ani nie zwijać dłoni w pięści. Wtedy wszyscy się dowiedzą. I cała twoja praca pójdzie na marne. Wyszli z domu, a na samym końcu wyszedł Onew. Jonghyun przez chwile zatrzymał się przy framudze i otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć jednak tylko uśmiechnął się szeroko i pobiegł do Minho łapiąc go pod ramie. Po chwili i najstarszy dołączył siadając z tyłu kolo Taemina. Usiadł i kiedy każde zajęło się swoimi sprawami -Kibum czytaniem nowego wydania Vouge'a, Minho muzyką na mp4, Jonghyun grą w hoppera na tablecie a Taemin....po prostu poszedł spać -Onew oparł głowę o szybę i obserwował przemijające za oknem drzewa. Wsadził do uszu słuchawki i włączył przypadkową piosenkę. Az otworzył szerzej ze zdziwienia oczy kiedy dotarły do niego dźwięki piosenki...której jeszcze nigdy nie słyszał. Znał wszystkie utwory na swoim telefonie. A tego nigdy nie miał. Marszcząc brwi wsłuchiwał się w kolejne słowa póki w oczach nie stanęły mu łzy. Wtedy dopiero wyłączył telefon i zasłaniając twarz dłonią pociągnął cicho nosem. Jedyna osoba która jakkolwiek zareagowała był Jonghyun. Odwrócił się i przez sekundę wpatrywał w płynącą po policzku starszego łzę. Starszy odwrócił się do niego i przez chwile zapomniał o wszystkim. Te oczy. Tak zmartwione jego stanem. Jednak to czysto przyjacielskie zainteresownie.
-Onew....
-Słucham? Wybacz ziewło mi się. Coś się stało? A może jesteś głodny? Chyba dzisiaj nie jadłes śniadania. -Otrząsnął się i ocierając wierzchem dłoni łezkę uśmiechnął się tak szeroko, że policzki zasłoniły mu pole widzenia. Poprawił się na miejscu i zerknął do tyłu w poszukiwaniu jabłek.
-Nie...nie jestem głodny. Ze mną wszystko okej...a z tobą?
Młodszy w opiekuńczym geście położył rękę na kolanie lidera i w tym momencie nadszedł ten moment. Ta chwila kiedy rozumiesz, że więcej szansy nie dostaniesz. Że to właśnie ten ostatni moment. Ta ostatnia chwila w której możesz coś zrobić. Ta sekunda kiedy dociera do ciebie, że widzisz. Że nareszcie otworzyłeś oczy i widzisz to co jest oczywiste. Że widzisz zacierające się w pewnym miejscu horyzonty. Że w tle słyszysz niczym niezmąconą ciszę którą staje się z czasem idealnie wygraną kołysanką. Moment w którym zdajesz sobie sprawę....że nie trzeba mówić "Kocham Cie"...żeby kochać.
-Zatrzymaj samochód....-Dalej patrząc w oczy głównego wokalisty powoli i bardzo cicho Onew zwrócił się do kierowcy wana.
-Co? Nie mogę tego zrobić, przecież wiesz.
-Mówię Ci zatrzymaj samochód.
-Onew...
-Zatrzymaj ten cholerny samochód!
Nie wytrzymał i krzycząc zwrócił głowę w stronę kilka lat starszego od niego mężczyzny. Ten natychmiast wręcz zareagował i zatrzymał samochód na poboczu przy stacji benzynowej. Nie mógł tym razem odmówić... Onew nigdy nie krzyczał. A tym bardziej nie przeklinał. Pozostała część zespołu otrzeźwiała i wpatrywała się tylko jak Onew otwierając tylne drzwi ciągnie Jonghyuna za nadgarstek. Starszy od razu pociągnął chłopaka kilka metrów dalej. Przyspieszył. Po kilkunastu sekundach już biegł. To była ostatnia szansa...ostatnia taka szansa. Nie ważne co usłyszy...on musi to wiedzieć. Znaleźli się po jakimś czasie w lesie za stacją. Dokładnie to na polance. Cali w liściach, a nawet żywicy. Jednak teraz nie miało to znaczenia. Dla żadnego z nich. Zdyszany po biegu lider przez chwile wpatrywał się w soczyście zieloną ściółkę. W końcu odwrócił się i przyciągnął do swojej klatki niższego.
-Nie odpychaj mnie. Proszę. Muszę Ci coś powiedzieć. Jeżeli nie zrobię tego teraz...nie uda mi się już nigdy. Zostańmy tak przez chwile. -Zatrzymał się na chwile wtulając twarz w ramie młodszego i wypowiedź wznowił dopiero kiedy poczuł lekkie kiwniecie głową. -Jonghyun....pamiętasz kiedy około piec lat temu powiedziałem Ci, że Minho Cię lubi? - kolejne kiwniecie- Nie to chciałem wtedy powiedzieć. Chciałem żebyś wiedział, że to nie Minho Cię pragnie, ale ja. Chciałem żebyś dowiedział się, że jesteś dla mnie najważniejszy i każda chwila bez Ciebie jest chwilą straconą. Chciałem Ci powiedzieć, że dzięki tobie jestem tym kim jestem teraz. Chciałem powiedzieć wtedy, że chciałbym być jedynym który zasypia przy tobie, dotyka twoje idealne ciało, słucha twojego niebiańskiego głosu, patrzy na twój zaspany uśmiech każdego ranka, trzyma Cię za rękę kiedy byś się bał. Chciałem być dla Ciebie tym kim jest dla Ciebie Minho. Przepraszam, że Ci tego nie powiedziałem. Może gdybym to zrobił to ze mną byś schodził po schodach dzisiaj rano, a nie z nim. Może to ślady po moich ustach zdobiłyby teraz twoją szyję. Przepraszam, że mowię Ci to teraz... -uniósł głowę i spojrzał załzawionymi oczami w te cudowne szeroko otwarte należące do młodszego. To spojrzenie go przytłaczało, ale miał pojecie...że to może być ostatni raz kiedy będzie tak na niego patrzył...-Jonghyun... Ja Cię....
Nie dokończył kiedy usta młodszego zamkneły mu skutecznie jego własne. Od razu odwzajemnił delikatny pocałunek. To nie było jak uderzenie pioruna. Ani jak rozstąpienie się wód w morzu. Nie było też jak zderzenie sie tytanica z góra lodową. To było jak dotyk ognia. Jak rozżarzone węgle kładzione na wargi. Jak słodkie gumowe płomienie smagające kąciki ich ust.
-Nie mów mi...nie musisz...
Bo czasami nie potrzeba słów "Kocham Cię" żeby było wiadomo, że się kocha....

sobota, 26 kwietnia 2014

2min 1.

Wybaczcie za tak długą przerwę, ale testy gimnazjalne...stres...to wszystko. Idzie się zesrać ;_______; Ale dzisiaj specjalnie dla Ayi (dalej nie wiem jak to się odmienia *^*) 2min! :D Osobiście nie przepadam za tym paringiem, ale dałam z siebie wszystko i mam nadzieje, że się spodoba ^ ^
___________________________________________
-Dzień Dobry.
Do dzisiaj nie mogę zapomnieć jak pewnego czerwcowego ranka zapukałeś do drzwi mojego domu z całą blachą domowego sernika w ręce. Oznajmiłeś mojej mamie, że wprowadziliście się z rodzicami do domu obok. Taki był z Ciebie miły i pełen charyzmy chłopak....Właśnie to oczarowało moją mamę. Pamiętam, że spałem jeszcze kiedy wchodziłeś do salonu. Zawołała mnie matka krojąc ciasto. Zaspany zszedłem w mojej za dużej i porozpinanej do połowy piżamie w banany nawet Cię nie zauważając. A stałeś tuż przede mną! Do dziś nie pojmuję jak ja to zrobiłem... Dopiero kiedy odchrząknąłeś i się przedstawiłeś zwróciłem na Ciebie uwagę. Podałeś mi rękę i z tajemniczym uśmiechem pochwaliłeś moją fryzurę...nawet nie chcę sobie przypominać jak wtedy wyglądałem...Ująłem twoja dłoń i spojrzałem Ci w oczy. Byłem oczarowany. Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego. Nie chodzi o same oczy bo szczerze mówiąc nic w nich nadzwyczajnego. Duże, ciemne i rozstawione daleko od siebie. Ale to co w tamtej chwili w nich widziałem przerastało moje najśmielsze oczekiwania. Mogłem czytać z Ciebie jak z otwartej księgi. Widziałem w nich swoje odbicie, ale z twojej perspektywy. Kryło się w nich zawstydzenie i ciekawość. Pragnienie i radość. Spokój i śmiech. Migoczące iskierki dosłownie wylatywały z nich otaczając nas oboje. W pewnym momencie się uśmiechnąłeś i wtedy zaparło mi dech w piersiach. Uśmiech tak szczery i dziecinny...a zarazem tak pewny i dorosły. Widziałem jak razem z ustami śmieje się cała twoja twarz. Podskakujące lekko brwi, świecące z rozbawienia oczy, napięte poliki, uniesione kąciki ust, poruszające się w rytm twojego śmiechu ramiona. Wszystko.
-Ślinisz się.
Momentalnie puszczając twoją dłoń rękawem wytarłem faktycznie zbierającą mi się w kąciku ust ślinę. Cały czerwony spojrzałem na Ciebie znowu i widząc, że śmiejesz się nie ze mnie...ale ze mną sam się uśmiechnąłem.
-Wybacz...Dopiero wstałem. Jestem Taemin.
Na powrót uścisnąłem jego rękę i tym razem już domykając szczelnie buzie obserwowałem twoją reakcje. Zaskoczyłeś mnie bo złapałeś moja rękę i uniosłeś ją do góry przed nasze twarze splatając przy tym nasze palce. Stwierdziłeś ze mam takie delikatne i malutkie raczki. Jak dziewczyna. Uderzyłem Cię wtedy w ramię i krzycząc, że twoje są oślizgłe i wielkie jak te należące do ropuchy. Dziecinne zachowanie...wiem... No, ale w końcu bylem wtedy jeszcze dzieckiem.
Przychodziłeś coraz częściej. Przynosiłeś sernik z orzechami i siadałes w salonie na tym samym miejscu czekając na mnie każdego ranka. Rozmawialiśmy oglądając katem oka filmy przyrodnicze. To było takie romantyczne. Jak sranie w toi toiku. Baaardzo romantyczne. Czasami zostawałeś do obiadu. Czasami przychodziłeś tylko na dwadzieścia minut. Jeszcze innym razem zostawałeś do kolacji. Uwielbiałem to. Braliśmy jedzenie do pokoju i śmialiśmy się z tego jak jemy...ty jak prosie ja jak trzy latek...Zawsze po tym na deser zjadaliśmy twój sernik. Brakuje mi go. Był pyszny. Nigdy nie zapomnę tej chwili kiedy powiedziałeś mi ze codziennie rano wstajesz specjalnie godzinę wcześniej żeby go zrobić dla mnie. Na ciepło. Taki był najlepszy. Co prawda po obiedzie był już zimny...ale sama myśl, że był zrobiony specjalnie dla mnie sprawiała, że kiedy go jadłem było mi ciepło na sercu. Dlaczego o tym pisze...? Bo mi tego brakuje...Dawno już tego nie robiliśmy. Nie siedzieliśmy obok siebie zajadając się twoim sernikiem i śmiejąc się z naszych umazanych ciastem twarzy. Dawno nie oglądaliśmy programu o zwierzętach. Leżysz teraz rozwalony jak jakiś zdechlak po swojej stronie łóżka. Widzę Cię takiego od ponad dwóch lat. Codziennie mogę obserwować twoją zaspaną twarz i dziękować za ten dzień kiedy przysypiając pewnego wieczoru powiedziałem krótkie "Kocham Cie Minho." Dzięki temu teraz mogę Cię przytulać...całować...kochać się z tobą każdego wieczora...mogę słyszeć te same słowa z twoich ust. Tak szczere i wesołe.
Mówisz mi to codziennie, a mimo to codziennie czuję, że to jest za mało. To jest dla mnie za mało. Kocham Cię tak mocno, że to, że jesteśmy razem całe dnie i noce...że czuje, że ty kochasz mnie równie mocno...że jesteś szczery i lojalny...że dotykasz mnie z wręcz zabijającą mnie czułością mi nie wystarcza. Nie wiem czego chce. Po prostu czuję, że moje słowa, czyny, ruchy...wszystko mnie ogranicza do pewnego stopnia. Minho...żabo moja...wiedz, że Cię kocham. Nigdy nikogo nie kochałem tak mocno. Nikt nigdy nie znaczył dla mnie tyle co ty. Nikt nie potrafił rozśmieszyć mnie tak trywialną czynnością jak jedzenie ciasta. Nikt nigdy nie zasługiwał na to spojrzenie którym darzę tylko i wyłącznie Ciebie...Wątpię żebym Ci kiedykolwiek pokazał pamiętnik w którym teraz piszę. To głupie. Wiem, że nie będę w stanie powiedzieć Ci tego wszystkiego w twarz bo dalej jestem głupim dzieciakiem...Ale i tak Ci tego nie pokaże...przepraszam...
Chyba śni Ci się coś miłego. Uśmiechasz się. Może ja też powinienem się położyć...jest już późno i pewnie jutro będę Ci jęczał, że chce mi się spać. A ty wtedy jak zwykle ucałujesz mnie w czoło i zaprowadzisz gdzieś gdzie nigdy nie byłem. Pokażesz mi coś czego nigdy nie widziałem i będziemy rozmawiać. Lubię z tobą rozmawiać...Kocham z tobą rozmawiać...szczególnie jedząc sernik z orzechami.
Żabciu....zjedzmy jutro sernik....

czwartek, 17 kwietnia 2014

OnTae 2.

Hah. Tak mnie wzięło na one-shota xDD Mam nadzieje, że paring was nie zrazi. xD Tak w ogóle...macie może szczególne zapotrzebowanie na jakiś paring? <myśli intensywnie>
____________________________________________
-Jiiiinkiii!
-Baham się Taesin. Phosiem hebyś nie tah nie nazyhau...-Przerwał mycie zębów, żeby spojrzeć na stojącego w drzwiach chłopaka. Lee Taemin. Główny tancerz i maknae zespołu SHINee, którego Jinki był liderem. Z Taeminem dogadywał się najgorzej. Mimo iż zawsze prosił, żeby zwracał się do niego Onew on robił to tylko przed kamerami. Zawsze za kulisami po koncercie pierwsze co słyszał to "Dobra robota Jinki."
Nienawidził swojego imienia. A On robił to specjalnie. Myślał, że w ten sposób wyprowadzi starszego z równowagi. Onew nie wiedział dlaczego tak bardzo mu na tym zależało, aczkolwiek...coraz częściej mu się to udawało.
-No już się tak nie gotuj. Chodź na śniadanie.
Starszy tylko wypłukał zęby z nadmiaru pasty i przeczesał palcami włosy. Idąc korytarzem cały czas przyglądał się młodszemu. Miał czarne nastawione już włosy, niezbyt rozbudowane ciało obecnie ukryte pod szarą koszulką i zgrabny tyłek, który opinały ciasne czerwone jeansy. Ale to jeszcze nic w porównaniu z całokształtem. Nie było osoby, która nie uważałaby go za absolutnie idealnego czy chociaż słodkiego. Jego dziecięca twarz, zawsze przepełniona światłem i radością w połączeniu z niesamowitymi ruchami tworzyły połączenie doskonałe. No, a przynajmniej dla Onew. Tak żeby było zabawniej starszy jako jedyny w całym zespole był gejem mimo iż fani uważali inaczej. Nawet Kibum nie był zainteresowany chłopcami, a już w szczególności nie Jonghyunem. Ani to Minho, ani Jonghyun, ani Kibum, ani nawet Taemin nie domyślali się nawet, że stary zdziwaczały wielbiciel kurczaków mógł być gejem. Żadnej z nich nie wiedział nawet, że jest tak dobrze, albo nawet lepiej zbudowany jak Jonghyun czy żabol. Rzadko kto w ogóle zwracał na niego większą uwagę. Nawet fani zespołu. według statystyk miał ich najmniej. Jednak bardzo mu to odpowiadało.
-Onew proszę przynieś jeszcze dwie szklanki bo matematyka Jonghyuna znowu zawiodła.- Ledwo co stanął w salonie, a już został o coś poproszony. Uśmiechnął się tylko jak co rano.
-Mi też miło was dzisiaj widzieć.
Wrócił już siadając przy stole i kładąc na nim brakujące szklanki. Nie dane mu było jednak nacieszyć się śniadaniem bo kiedy złapał pierwszego tosta  w jego kieszeni zaczął wibrować telefon. Momentalnie jego w miarę dobry humor zjechał do zera kiedy zobaczył numer na wyświetlaczu. Odebrał telefon i tak jak podejrzewał..pożałował tego.
-Onew mam dla Ciebie papiery dotyczące nowych piosenek na koncert. Jeszcze dzisiaj musisz to przejrzeć i podpisać. Poza tym proszę Cię abyś Zastanowił się na podziałem i kolejnością piosenek i przegadał ze stylistką co tam ubierzecie. Aha! I choreograf chciał się dzisiaj z tobą zobaczyć.
-A chłopaki?
-Oni mają wolne. O ile wiem Kibum z Taeminem zostali zaproszeni na imprezę, a Minho z Jonghyunem mieli obejrzeć razem mecz. A sam ich nie możesz spytać?
-Ale...Mam to zrobić sa..
-Dasz sobie radę. W końcu jesteś liderem prawda?
Biiip Biiip Biiip.
No oczywiście. Bo tak jest najłatwiej. Zostawić wszystko na głowie jednej osoby i mieć na wszystko wyrąbane. Wstał od stołu i truchtem podbiegł do lodówki. oderwał jedną kartkę samoprzylepną i złapał w locie długopis.
-Jest 9:23, Kibum o której z Taeminem wychodzicie?
-Gdzieś około siedemnastej a co?
-Siedemnasta...-Starszy zamaszyście coś zapisał na kartce cały czas ściągając brwi.- A wy Minho?
-Nie będzie nas od czternastej gdzieś do dziewiętnastej może. Albo nawet później.
-Dobrze...od...do...stylistka i papiery...potem dom, albo nie, najpierw choreograf, papiery, stylistka, dom i papiery, a potem menager...tak będzie dobrze...
-Onew czy coś się..
-Wychodzę. -Złapał tylko tosta i tyle go było. Zostawił czwórkę kumpli przy stole z nawet nie zaczętą jajecznicą. Nie wiedział jednak, że jeden z nich zamiast powrócić do jedzenia zatopił się w myślach. Zmartwieniach i smutku spowodowanym braku bliskości lidera.
***
Była już siedemnasta A Onew zmęczony po lataniu po mieście w pogoni za stylizacją i choreografią wracał do domu. Powinien być sam, więc mógł na spokojnie zająć się papierzyskami. Nie uśmiechała mu się wizja kolejnej randki sam na sam z grubą stertą papierzysk, ale niestety.... To wszystko już go przytłaczało. On rozumiał, że był liderem, że musiał to zrobić...ale zawsze był w tym wszystkim sam. Miał czwórkę wspaniałych przyjaciół, ale żaden z nich nigdy nie zaproponował swojej pomocy. Żaden nie przyszedł z kawą i nie zapytał czy wszystko okej. Nigdy. Żaden.
-Wróciłem...
Powiedział tylko, nie zdejmując butów, mimo iż wiedział, że nikt mu nie odpowie.
-Witaj w domu Jinki...
-Taemin? Co ty tu robisz? Kibum też jest w domu? - Poderwał się do góry słysząc głos młodszego. Zrobiło mu się nagle gorąco kiedy ujrzał stojącego naprzeciwko schodów chłopaka z lekkim uśmiechem na ustach.
-Umma? Nie. Poszedł na tą imprezę. Ja zostałem. Nie miałem ochoty, wiesz chyba udzieliła mi się co tygodniowa chandra ummy.
-Aha. No dobrze. W...W takim razie wezmę się za to co tam mam do zrobienia, a ty....ty też rób co chcesz. -Było niezręcznie. Okropnie niezręcznie. Starszy nie wiedział co ma zrobić dlatego po prostu spuszczając głowę i zasłaniając się grzywką wyminął maknae i poszedł do kuchni. Kawa. Będzie mu potrzebna. I to zapewne nie jedna.
-Em...dzisiaj tak rano wyleciałeś. Czy coś się stało? -Chłopak chyba nie zrozumiał przesłania i poszedł za liderem siadając na wysepce kuchennej.
-Nie wszystko okej. Musiałem coś załatwić. Możesz iść pooglądać do pokoju, albo do salonu jak wolisz, a ja się zajmę tym co mam zrobić.
Po prostu sobie idź. Będziesz mi tylko przeszkadzał. A poza tym co Cię to tak nagle interesuje co...? Myślał wstawiając do automatu kostkę z wybraną kawą. Wcisnął guzik i wsłuchał się w odgłos lejącej się kawy.
-A może Ci pomóc?
-Nie.
-No, ale widzę, że masz mnóstwo papierzysk, więc może Ci pomogę. Nam dwóm pójdzie o wiele szybciej.
-Nie dziękuję Taeminie nie musisz mi w niczym pomagać. -Powiedział ze sztucznym uśmiechem zaciskając ręce na blacie.
-Ale ja chcę Ci pomóc Jin...
-Nie mów tak do mnie! -Nie wytrzymał i po prostu wybuchł odwracając się do chłopaka. To wszystko co zbierało się w nim od pięciu lat puściło w tym momencie.-Ile razy mam Ci powtarzać, że nie chcę abyś się tak do mnie zwracał?! I jak mówię, że nie chcę żebyś mi pomagał to tego nie chcę! Nie chcę żebyś mi przeszkadzał rozumiesz mnie?!
-A...Ale Jin...Onew. Ja bym pomógł, a nie przeszkadzał. -Już lekko wystraszony obserwował jak starszy szybko do niego podchodzi zbliżając swoją twarz do jego.
-Przeszkadzałbyś i to niemiłosiernie rozumiesz mnie?
-Ale przecież bym się nie odzywał, ani nie biegał tylko bym pomagał.
-Ty nie musisz nic robić, żeby mi przeszkadzać. Już w momencie kiedy Cię widzę ciężko mi się skupić na czymkolwiek rozumiesz? Przez Ciebie jestem rozkojarzony.
-A...Aż tak mnie nienawidzisz? -W oczach chłopaka zbierają się mimowolnie pierwsze łzy i drga dolna warga.
-Nienawidzę? Nie. Czy ty nie rozumiesz Taemin? Nie potrafię się skupić bo myślę o tobie. Ciężko mi się oddycha bo jesteś blisko. Robi mi się gorąco kiedy wymawiasz moje imię. Tylko ty to robisz i przez to robisz mi nadzieję. Nie chcę tego Taemin. Wiem, że to obrzydliwe, ale taka jest prawda. Jestem w tobie zakochany i dlatego nie możesz być ze mną tak blisko rozumiesz? Ja nie patrze na Ciebie jak ty na mnie. Nie chcę Ci zrobić na złość, ani pograć z tobą w twistera. Chcę Cię dotykać i całować. Nie jestem twoim przyjacielem. Ja na Ciebie poluję mimo iż wiem, że nigdy nie staniesz sie moją ofiarą rozumiesz?
-A...ja....Ale...
-Wiem Taeminie....Wiem. Dlatego nie mówiłem Ci tego wcześniej...Żałuję, że dowiedziałeś się tego w ten sposób...Proszę zapomnij o tym i staraj się traktować w miarę normalnie jeżeli to możliwe. A teraz przepraszam, ale muszę zająć się pracą. -W podłym humorze zabrał kawę i nawet nie patrząc na młodszego wyszedł z kuchni. Jednak zdążył zaledwie dojść do schodów kiedy poczuł uderzenie w plecy. Gdyby nie złapał się ściany już dawno leżałby plackiem na ziemi.
-Nie...Nienawidzę Cię! Jesteś takim idiotą! E--e--ekhe! Tak..tak bar-bardzo głupi! Nie..nie dałeś mi nawet dojść do...do sło-owa. A...A może ja to...to robię spe-eecjalnie?! Może ja..chce...że-żebyś zwró-ócił na m-mnie uwagę? M-może ja Cie..Cie kocham i-i chcę z to-tobą być? I wca-ale mnie to nie ob-brzydza bo ja..ja też ch-chcę Cię cał-łować i do-dotykać i-i pomagać i-i słu-uchać i w ogóle wszy-ystko z tobą robić!...A ty mnie nawet nie słuchasz! -Młodszy cały zapłakany i roztrzęsiony okładał Onew po plecach swoimi małymi piąstkami.
-Ta-Taemin co ty gadasz? -Nie zdążył się nawet obrócić do końca kiedy został przyparty do ściany i pocałowany. Do było tak dziecinne i nieudolne jak próba włożenia trójkątnego klocka do okrągłej dziurki. Młodszy nie wiedział nawet co zrobić. Delikatnie musnąć jego wargi, naprzeć, włożyć język, ugryźć, zassać się, pociągnąć, cmoknąć, polizać czy po prostu dotykać jego wargi własnymi. Jednak nie musiał czekać długo, aż to Onew przejął dominację. Oddał się całkowicie temu co robił starszy starając się nie być jedynie biernym graczem. Ten pocałunek był jakby kluczykiem otwierającym kolejne drzwi do szczęścia. Każde z nich rozkoszowało się nim na swój sposób. Jeden z nich całował namiętnie tak jakby całował po raz ostatni w swoim życiu. Przekazywał tym uczucia skrywane przez cały ten czas. Nie wiadomo bowiem czy to nie będzie ten pierwszy i ostatni...Drugi natomiast przyjmował wszystko co mu dawano. Rozkoszował się każdą sekundą. Całowanie poduszki z myślą iż to właśnie te usta....było przy tym po prostu żałosne. Nigdy by nie pomyślał, że to o czym marzył spełni się...i to w taki sposób. Oderwał się i z ognikami w oczach głęboko oddychając przyjrzał się starszemu. Łzy już dawno przestały lecieć choć na policzkach dalej widniały po nich ślady Uśmiechnął się seksownie na tyle na ile pozwalał mu jego stan psychiczny i przejechał ręką po szyi starszego lekko podszczypując przy grdyce.
-To jak? Pomóc Ci?
_____________________________________________
Resztę zostawiam waszej wyobraźni ;>>

środa, 26 marca 2014

OnKey 1

Bardzo przepraszam za tak długą nieobecność jeżeli ktoś na mnie czekał. Początkowo były to problemy z internetem...potem zepsuł się cały komputer ._. No nic...nie przynudzam i zapraszam do czytania! :D Jeżeli wyłapiecie jakieś błędy albo cuś - PISAĆ *^* xD
__________________________________________________
I have to tell you something..
How i wanna be with you...
Podśpiewywał sobie siedząc na parapecie w kuchni i patrząc na swoją wielką niespełnioną miłość, która w tym momencie bawiła się z dziećmi w piaskownicy. Właśnie to urzekło go w nim na samym początku. Był całkowicie inny niż on sam. Był takim dużym dzieckiem. Jak wszyscy wiedzą każdy naleśnik ma dwie strony. I tak samo On miał. Z jednej strony był wiecznie uśmiechnięty, pomocny, nie mógł usiedzieć w miejscu, lubił się bawić zabawkami z dziećmi i jeść lody w zimie. A z drugiej był poważny, myślał nad konsekwencjami swoich czynów, podejmował decyzje poważniejsze niż te wagi państwowej. Obserwował go tylko z daleka. Nie miał odwagi przyznać się sąsiadowi do swoich uczuć. Nie był w stanie stanąć przed nim powiedzieć 'Kocham Cie Lee Jinki' by później musieć wysłuchać tego anielskiego głosu odrzucającego go. Chłopak zszedł z parapetu i skierował się w stronę szafek aby przygotować herbatę. Włączył czajnik i całe pomieszczenie wypełniły odgłosy gotującej się wody. A CO TAM! Kij z tym...jak kocha to poczeka.
-Wybacz Jinki, ale trochę sobie zaczekasz.
-Na co mam czekać Kibum?
Owy wywołany był tak zaskoczony nagłym wtargnięciem gościa, że nie zareagował zbyt szybko i wylał wrzącą wodę na swoje spodnie. Po całym domu rozniósł się rozdzierający krzyk, a potem jęk bólu i głęboki oddech.
-Boże przepraszam Kibum! Nie chciałem Cię przestraszyć!!
Starszy mężczyzna zrobił pierwsze co mu przyszło na myśl - zaczął ściągać z Kibuma spodnie. Ten za to dalej zaskoczony nie zrobił nic aby mu przeszkodzić. Siedział jak słup soli i czasami dość głośno syczał z bólu kiedy sąsiad zajmował się jego udem. Robił to nad wyraz starannie. Każdy jego ruch był spokojny, delikatny i był oddawany wręcz z czcią. Kibum mimo bólu przyglądał się poczynaniom chłopaka przy tym wewnętrznie się gotując. Mógł z tak bliska patrzeć na te brązowe pasma teraz wpadające chłopakowi do oczu. Mógł patrzeć na długie cienie na policzkach rzucane przez jego czarne rzęsy okalające piękne brązowe oczy. Mógł obserwować stróżkę potu spływającą po jego skroni, poliku, szczęce, szyi i kończącą swoją wędrówkę za czarną bokserką. Mógł podziwiać wszystkie jego mięśnie uwidocznione przy każdym nawet najmniejszym ruchu. A przy tym doświadczać najlepszego masażu w swoim życiu. Czuł jak dłonie chłopaka badają jego nogę. Stwierdził w myślach, że to zdecydowanie będzie jego ulubiona czynność z udziałem starszego.
-No to? Na co mam sobie poczekać?
-W sumie to na nic. Nie przejmuj się gadałem tylko do siebie...
-No powiedz. Mowiłeś o mnie, wiec dobrze gdybym wiedział o co chodzi. A poza tym jestem ciekawy.
-To naprawdę nic ważnego.
-A ja myślę, że to coś ważnego. Nawet powiem więcej. Podejrzewam o co chodzi.- Starszy podniósł głowę patrząc głęboko w brązowe tęczówki teraz czerwieniącego się chłopaka.
-C..co? Jak to podejrzewasz o co...przecież to nic.-Zaczął się jąkać uciekając wzrokiem na boki. Jak to możliwe?! Przecież to NIE JEST możliwe! Pewnie myśli o czymś całkowicie innym...albo coś sobie ubzdurał...
-Wiesz...Pod wpływem alkoholu język Ci się rozwiązuje i mówisz wszystko co Ci ślina na język przyniesie. To o twoim dzieciństwie, krępujących sytuacjach, uczuciach, pragnieniach...-podnosi głowę i uśmiechając się szeroko z lekka kpiąco. -...Albo wyjawiasz tajemnice, których nigdy w życiu nikomu byś nie wyjawił. Wiem Kibum. Wiem, że kiedy byłeś mały zgubiłeś się na lotnisku w sklepie wolnocłowym i płakałeś przez 30 minut, aż nie zgarnęła Cię straż. Wiem, że kiedy chodziłeś do gimnazjum przy dawaniu walentynki jednej dziewczynie łosoś wrócił w górę rzeki i zwróciłeś na jej walentynkę całe śniadanie. Wiem, że płaczesz za każdym razem kiedy oglądasz "Do Re Mi Fa Sol La Si Do.". Wiem, że boisz się horrorów. Wiem, że najbardziej na świecie pragniesz miłości jak z bajki....I wiem też, że jesteś we mnie zakochany od pięciu lat. Wiem, że boisz się mi o tym powiedzieć. Wiem też, że chcesz mi to powiedzieć. Dlatego czekałem Kibum. Czekałem przez ten cały czas aż mi wreszcie o tym powiesz. Myślałem, że nie będę musiał Cię prowadzić za rękę, mówić Ci co masz robić, ale najwyraźniej tak się nie da...To jak Kibummie? Chciałbyś mi coś powiedzieć?
Młodszy tylko trzęsącymi się dłońmi zasłonił usta i wpatrywał się szeroko otwartymi oczyma w mężczyznę. On wie...? Co teraz powinien zrobić? Zaprzeczyć wszystkiemu? Zacząć się śmiać? Przytaknąć? Wyznać wszystko? Zapytać? Nakrzyczeć? Zacząć płakać? Co powinien zrobić!?!? W całej kuchni słychać było przyspieszone bicie serca obydwóch mężczyzn i głośne przełknięcie śliny młodszego. Kibum odsunął ręce od twarzy i cichym piskliwym głosikiem wypowiedział wreszcie te słowa, które wisiały nad nimi od jakiegoś czasu...
-Kocham Cię Jinki....
Onew już nie odpowiedział tylko złapał chłopaka pod pachy i przyciągnął do siebie ustami odnajdując te mniejsze malinowe. Pocałunek nie był delikatny. Był mocny i zaborczy. Aczkolwiek przekazywał to czego chciał Kibum. Był ostry i z odrobiną goryczy, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Mimo wszystko poczuli wszystko.
Zapewnienie, że nawzajem będą dla siebie wsparciem.
Zapewnienie, że razem będą bezpieczni.
Zapewnienie, że zawsze będą szczerzy.
Zapewnienie, że będą tylko dla siebie.
Zapewnienie, że przebaczenie będzie priorytetem.
Zapewnienie, że jutro dalej będą się kochać.
____________________________________________________
 Jeeej :3 Mam nadzieje, że się podobało. Sama jestem średnio zadowolona, ale następnym razem na 100% będzie lepiej! *^* Od razu mówię, że już niedługo pojawi się pierwszy rozdział rozdziałówki (jeszcze nie mam tytułu ._.) xDD

Liebster Award :3

Bardzo dziękuję Ayi (chyba tak O.o) za nominację ^ ^

Zasady:
Nominacje do Liebster Award przyznawane jest przez innych blogerów i ma na celu rozpowszechnienie mało znanych dotąd blogów. Nominowany odpowiada na 11 zadanych mu pytań i sam nominuje 11 zadając pytania. Nie można  nominować osoby, która nominowała Ciebie *^*

Nominowane przeze mnie blogi:
1.http://welcome-in-rainy-world.blogspot.com/
2.http://2min-fantasy.blogspot.com/
3.http://kpop-fanficki-pl.blogspot.com/
4.http://yoru-ni-sasayaku.blogspot.com/
5.http://opowiadania-kuroshitsuji.blogspot.com/
6.http://shineeyaoilove.blogspot.com/
7.http://japonskieoczko.blogspot.com/
8.http://everyloveshineeff.blogspot.com/
9.http://mojekpopoweopowiesci.blogspot.com/
10.http://loveestillgoeson.blogspot.com/
11.http://jongkey-love-pain.blogspot.com/

Odpowiedzi:
1.Ile lat słuchasz kpopu?
Od około 3 lat. Zaczęło się od pewnie wszystkim dobrze znanego Fantastic Baby - Big Bang i tańczenia na stole na biwaku integracyjnym XDD
2.Od jakiego zespołu zaczynałaś/zaczynałeś?
Tak na poważnie brać zaczęłam k-pop dzięki SHINee ^ ^
3.Twój ulubiony kolor?
Zdecydowanie fioletowy *^* Mój pokój jest w 3/4 właśnie w tym kolorze xD
4.Piosenka do której masz sentyment?
SHINee - Moon River Waltz...
5.Kto jest Twoim Ultimate Biasem?Lee Jinki (Onew) z SHINee. Już na samym początku mojej wielkiej przygody z kpopem wiedziałam, że to on będzie tym najbliższym memy sercu T^T
6.Na kogo comeback/debiut najbardziej czekasz?
...Block B ._. xDD (mimo wszystko jestem zagorzałą Block Busterką ;P)
7.Co chcesz w życiu robić?
1.Aktorstwo
2.Patolog sądowy
Tak różnorodnie :3
8.Jakie jest Twoje największe życiowe osiągnięcie?
Wystąpienie teatralne niecały miesiąc temu. Tyle nerwów...ale efekt jaki... *^*
9.Jaki jest/był Twój ulubiony, szkolny przedmiot?
Polski/Biologia/Sztuka. Na tym samym poziomie ^ ^
10.Gdybyś mogła/mógł wybrać imię jakie imię by to było?
Nie mam zielonego pojęcia xDD Na pewno nie byłoby to polskie imię. Pewnie jakaś japońska, koreańska albo chińska mieszanka ._.
11.Jakie jest Twoje hobby?
Nie mam hobby ._. Mam zainteresowania i marzenia, ale hobby...raczej nie O.o

Pytania:
1.Ulimate bias? Dlaczego?
2.Ukochana piosenka? Dlaczego?
3.Ulubiony pairing?
4.Skąd pomysł na bloga?
5.Masz zwierzęta?
6.Największe marzenie?
7.Najzabawniejsza sytuacja z dzieciństwa?
8.Od czego zaczęła się twoja przygoda z kpopem?
9.Najlepszy wynalazek ludzkości? Dlaczego?
10.Ulubiony cytat?
11.Czego najbardziej potrzebujesz do życia?

środa, 19 lutego 2014

JongTae 1

O rety...mam obserwatorkę..jak miło O.o...dziękuję za te miłe komentarze :) Cieszę się, że Ci się podoba :D Hmm...szipujesz JongKey....DOBRY WYBÓR DZIEWOJO! *^* (Tak potajemnie powiem Ci, że szykuję rozdziałówkę z JongKeya. Tylko nie mów nikomu! *^*) Dzisiejsze opowiadanie troszeczkę spóźnione na walentynki XD
No nic...zostaje mi życzyć miłego czytania ;)
__________________________________________________
Musiałem się zbierać. Było już po 7.30. Zaraz miałem tramwaj. Był piątek wiec On na pewno miał tam być. O kogo chodziło? W sumie to sam nie wiedziałem. Wiedziałem tylko jak wygląda i, że w każdy piątek jeździł tramwajem nr. 11 o 7.43. Zawsze zajmował miejsce stojące tuż przy apteczce pierwszej pomocy, wyjmował telefon i chowając twarz w czerwonym szaliku zaczynał czytać. Miał piękne oczy. Trudno mi było stwierdzić jaki maja kolor. Czasami jak patrzył pod światło były granatowe, kiedy mrugał dziwnie jasne brązowe. Czasami prawie błękitne. A kiedy przypadkiem stykały się nasze spojrzenia miałem wrażenie, że były szare. Włosy miał dziwne. Średniej długości i ostrzyżone normalnie, ale miały kilka kolorów. U nasady ciemny brąz, później jaśniejsze, karmel, platyna i biel. Ale mimo wszystko bardzo mi się podobały. Powoli wyszedłem z domu szczelniej okrywając się zielonym szalikiem.
Ah. Wypadałoby się przedstawić. Jestem Lee Taemin. Właśnie opowiadam historię, która miała miejsce kiedy jeszcze uczęszczałem do 2 klasy liceum artystycznego, na wydziale tanecznym w Seulu. Kocham taniec i śpiew. Często brałem udział w nocnych bitwach tanecznych. Wyłaziłem przez okno jak rodzice już pozasypiali. Lepiej było się im nie narażać. W liceum byłem raczej...drobny. Wszyscy uważali, ze bylem słodkim dzieciakiem nie potrafiącym walnąć ręką w stół...i w zasadzie mieli racje. Nigdy nie potrafiłem i nie potrafię dalej odmówić kiedy ktoś potrzebuje pomocy. Ah...i jestem gejem, ale to tam minimalny szczególik.
Ale wróćmy do tamtego dnia w tramwaju...
Doszedłem do przystanku i stanąłem tam gdzie zwykle. Rutyna normalnie. Ale mimo wszystko, z nim w tle...albo w roli głównej raczej, to ta rutyna mogła się dla mnie powtarzać w nieskończoność. Nadjechał tramwaj....Nie było go tam. Wszedłem ze spuszczona głowa i od razu skierowałem się w stronę dwuosobowego siedzenia na samym końcu. Kiedy już miałem usiąść moją uwagę przyciągnęły czarne zimowe adidasy. Zdziwiony podniosłem głowę i kogo zobaczyłem?...uśmiechającego się boga. Patrzył na mnie przesuwając się lekko żeby zrobić mi trochę miejsca. Widziałem jak się wahał...
-emm...Hej.
Miał piękny głos. Taki melodyjny, dźwięczny...inny. A jego uśmiech. Wyglądał jak dinozaur. Uroczy. Ale najważniejsze były jego oczy. Widać było w nich wszystko.
-Cześć. -usiadłem kładąc sobie torbę na kolanach. Patrzyłem na niego przez chwile, a potem powiedziałem najgłupszą rzecz jaką mógłbym powiedzieć...no dobra. Nie najgłupszą. - Dlaczego tu usiadłeś? Zawsze siadałeś o tam.- wskazałem palcem na miejsce przy skrzyneczce.
Chłopak uśmiechnął się szerzej i prychnął lekko. -a wiec ty też mnie obserwowałeś. -momentalnie się zarumieniłem. To..to nie tak. Po prostu był w tym tramwaju najciekawsza rzeczą...znaczy się osobą.
-Jak to też?
-Normalnie. Zawsze Cie obserwowałem.
Dopiero po jakimś czasie chyba zrozumiał co powiedział bo zrobił się cały czerwony i przez chwile miałem wręcz wrażenie, że się zapowietrzył...Zaczął się jąkać i tłumaczyć.
-Ee to znaczy nie jestem jakimś zboczeńcem ani psychopatą..ehehe...to znaczy wiesz zainteresowałeś mnie..to znaczy podobasz mi się..ale nie żeby coś...pogrążam się prawda?
Popatrzył na mnie z niemym błaganiem, a ja już nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać.
-Tak. Pogrążasz się...ale nie przeszkadza mi to. -uśmiechnąłem się do niego lekko, a kiedy zobaczyłem, że i on się rozluźnił uśmiechnąłem się szerzej pokazując wszem i wobec moje białe uzębienie.
-No to może od ciapątku? -wystawił do mnie rękę. Była bardzo zadbana. Silna, ciepła i męska, ale już po skórze widać, że o siebie dbał. Cudownie. -Jestem Kim Jonghyun, ale wszyscy mówią na mnie Bling Bling. Mam 18 lat i chodzę do Liceum artystycznego na kierunku muzycznym
-Co? To nie możliwe! Ja też chodzę do tego liceum..tyle, że na taniec. Jak to możliwe, że nigdy się nie spotkaliśmy? No nie licząc tramwaju w każdy piątek...
-To bardzo możliwe. Te dwa kierunki maja całkowicie różne godziny zajęć. Plus odbywają się w różnych skrzydłach. Ale ja tam się ciesze, że mimo wszystko możemy się spotykać w tramwaju. A teraz wychodzi na to ze tez możemy razem iść do samej budy.
Chłopak uśmiechnął się szerzej. Naprawdę wyglądał jak dinozaur...
-A tak właściwie to jestem Taemin. Lee Taemin.
-Ładne imię...Lee Taeminnie.
Tym razem to on się uśmiechnął, ale jakoś inaczej...trochę jakby mnie...podrywał?
Uśmiechnąłem się szerzej i lekkim rumieńcem spuściłem głowę. Później jakoś rozmowa potoczyła się luźniej. Gadaliśmy o szkole, zainteresowaniach, jedzeniu, autach, a nawet o dziewczynach. Wysiedliśmy na "jego" przystanku. Nigdy wcześniej nie chodziłem tą droga. Była faktycznie dłuższa, ale o wiele ładniejsza. Żeby dojść do samej szkoły musieliśmy przejść przez pagórek, park, alejkę sosnowa, a nawet kawałek lasku...ale za to widoki... Podczas tej niż zwykle milej podróży dowiedziałem się wiele o Jonghyunie. Okazało się ze razem możemy jeździć nie tylko w piątki, ale i poniedziałki i środy, a wracać we wtorki i czwartki.
Jonggie jak go zacząłem nazywać w myślach mieszkał z siostra w domku jednorodzinnym poza granicami miasta. Dopiero kiedy szliśmy obok siebie zwróciłem uwagę na to jaki jest niski... Mimo wszystko nie przeszkadzało mi to. Odprowadził mnie pod sama klasę chociaż było mu nie po drodze. Ładnie podziękowałem i wszedłem do sali. Pierwsze miałem jak zwykle zajęcia taneczne. Udałem się do szatni gdzie spotkałem mojego najlepszego przyjaciela - Onew.
-Hej kuraku...czo tam?
-Ooo ktoś tu ma dobry humor. A co to się takiego stało?
Faktycznie. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że się szczerzę... Ale cholibka nie mogłem przestać! Przez Jonga miałem bardzo dobry humor...i cały czas o nim myślałem...
-Nieee wydaje Ci się... -Dalej uśmiechnięty zacząłem się rozbierać przy okazji wyjmując stare za duże granatowe dresy i szara bokserkę do tańca.
-No ej. Kumplowi nie powiesz? No dawaj. Nie będę się śmiał, obiecuje!
Dubu usiadł i z maślanymi oczami wyczekiwał odpowiedzi. Przez chwile milczałem budując na piecie. Widziałem jak z sekundy na sekundę Tofu robił się coraz bardziej niecierpliwy. Baaardzo powoli przebrałem się i dopiero mijając zdziwionego chłopaka odpowiedziałem na pytanie.
-Poznałem Go.
Natychmiast podniósł się z ławeczki i poszedł za mną na sale.
-Ale ze Jego? Tego Tego Jego?!
-Tak Onew Jego. Tego Tego Jego.
Spapugowałem i usiadłem przed wielkim lustrem związując na głowie nieskładnego koczka. Chłopak usiadł po turecku obok i wpatrując się we mnie szczenięcymi oczami odkaszlnął.
-No to...Jaki on jest?
-Jaki...normalny.
Zacząłem się rozciągać próbując jakoś schować uśmiech, ale na nic się to zdało...Raz w prawo, dwa w lewo, w przód, dwa w prawo i raz w lewo.
-Jak to normalny!? Taemin no! Powiedz mi bo się obrażę!
-Przejdzie Ci jak Ci zakupię skrzydełka w ostrej panierce, więc co za różnica?
-Wiesz co? Teraz to mnie obraziłeś!
Obrócił się do mnie plecami i wydął poliki jak dziecko zaplatając przy tym ręce na piersi. Pięciolatek.
-Ma na imię Jonghyun...i chodzi do naszej szkoły...ale na muzyczny.
Momentalnie Dubu się okręcił i przysunął się bliżej zapominając tym samym tym, że miał być na mnie obrażony.
-No co ty?! Ooooo A jaki ma głos? Co mówił?! Wszystko!
I tak mu opowiadałem o moim księciu z bajki jakieś....20 sekund bo przyszedł nasz nauczyciel - Pan Charyzma i zaczęło się. Ten to nie miał serca. Lał się z nas, nogi się już pod nami łamały, oczy rozbiegane, ciężko nam było oddychać...ALE NIE! *^* My musieliśmy dalej tańczyć. Tylko ja i 2 innych chłopaków wytrzymaliśmy do końca. Onew poległ jako jeden z pierwszych. Nie wiedziałem co on tam w ogóle robił. Był o wiele lepszy w śpiewaniu...miał piękny głos...A do tańca...ani się nie nadawał ani go nie lubił. Kiedyś mi tłumaczył, że to przez ambicje jego ojca, ale...no cóż.
Pan Choi uważał, że ten kto wytrwa do samego końca ma najwięcej charyzmy. Kiedyś podkochiwałem się w nim. Zabawne nie?
-Dobra na dzisiaj koniec! Gratuluję tym co zostali do końca! A reszta za karę 100 pompek w domu!! CHARYZMATYCZNYCH!!
Czym prędzej wszyscy wybiegliśmy wręcz z sali i wskoczyliśmy pod prysznice. Myślałem, że chociaż podczas prysznica będę miał spokój....ale nie! Onew oczywiście musiał się dowiedzieć wszystkiego! Akurat namydlałem ramiona kiedy usłyszałem natarczywy głos przyjaciela.
-No to opowiadaj!
-Onew daj mi się umyć co!?
Namydloną rękę chciałem wycofać głowę chłopaka  obszaru mojego prysznica, ale coś mi się nie udało i biedaczek skończył z żelem w oku...PESZEK.
-Trza było mnie nie denerwować.
-Trza było mi powiedzieć! Teraz to już się serio obrażam! I niczym mnie nie przekonasz!
Brązowa czupryna zniknęła za ścianką prysznica i wtedy już wiedziałem, że mam spokój...na jakieś 10 minut. Jak najbardziej z tego skorzystałem i po spłukaniu wszystkiego owijąjąc się ręcznikiem poszedłem do szatni. Kogo tam sobaczyłem? Ha! JONGHYUNA! we własnej osobie! Stał tam i gawędził z Donghae. Podszedłem do nich od razu witając się z kolorowo włosym szerokim uśmiechem. Serce zabiło mi szybciej kiedy zamiast zobaczyć uśmiech na jego twarzy poczułem jego usta na moim policku i ciche "witaj znowu Taeminie". To było takie dziwne..Nie wstydził się zrobić czegoś takiego przy tych wszystkich chłopakach...Albo. To dla niego mogło być zwykłe przywitanie. Nie miało drugiego dna. Nie wiedziałem co o tym myśleć. Najlepiej by było gdybym zostawił tą sytuację w cholerę i więcej do tego nie wracał. Jak pomyślałem tak zrobiłem.
...
...
...
Pfff jasne. Kiedy niosąc ciuchy do przebrania usłyszałem wręcz końskie kroki wiedziałem, że nie dane mi będzie spędzić tego dnia spokojnie... Chwilę potem do szatni wrzeszcząc na wszystkie strony
-Taemin, a jutro są walentyyynki!!! Powiesz Jonghyunowi, że go kochasz nie?!
Kurczak uśmiechał się tak szeroko, że poliki zasłaniały mu całe pole widzenia, więc oczywiście nie widział, że w pomieszczeniu znajdował się nie tylko Jonghyun, ale i większa część naszej grupy. Żyć nie umierać. Spłonąłem rumieńcem i spojrzałem na Blinga, który hamując śmiech ciągnął swoją wargę....ładne usta. Przekonany, że uważa, że jestem żałosny, dziecinny, głupi i naiwny wybiegłem i w locie zakładając portki i podkoszulek wybiegłem ze szkoły. Co za kompromitacja... 'Nigdy więcej tam nie wrócę. Nigdy więcej nie spojrzę mu w twarz...jestem tchórzem!' Nawet nie zauważyłem kiedy zacząłem płakać. Czemu? Sam nie wiedziałem. No bo znałem go tak naprawdę kilka godzin. Ale myśl, że chłopak w którym byłem zakochany 2 lata mógłby uważać mnie za głupiego i naiwnego szczeniaka była dla mnie wtedy najgorszym. Przebiegając przez bramę poczułem ostre szarpnięcie w tył i aż jęknąłem kiedy zrozumiałem, że to moje ramie. Z łzami w oczach odwróciłem się do sprawcy i od razu tego pożałowałem. Jonghyun uśmiechał się do mnie w ten tylko jemu możliwy sposób. Przyciągnął mnie do siebie i przytulił mocno. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bezpiecznie. Było mi ciepło, miękko, a nasze ciała pasowały do siebie idealnie. Dalej się bałem, ale w tamtej chwili nie miało to znaczenia. Nie obchodziło mnie dlaczego mnie tuli. Ważne było, że to On to robi. Zacisnąłem pięści na jego marynarce szkolnej i schowałem głowę w zagłębieniu szyi. 'Nie odpychaj mnie...błagam...'.Tuż przy uchu usłyszałem jego oddech i moje serce stanęło...
-Taeminnie..Czy to co powiedział twój przyjaciel to prawda?
-...
-Taeminnie odpowiedz proszę.
-Ja...-odchrząknąłem, odsunąłem się lekko i nie patrząc mu w oczy odpowiedziałem. - Lubie Cię...ale nie chcę aby to psuło cokolwiek..Nie chcę wiele. Bylebyś mnie nie zostawił. Wiem, że to głupie po zaledwie jednym dniu, ale ja Cię obserwowałem dużo dłużej...Czuję coś do Ciebie od ponad dwóch lat. A skoro wytrzymałem te dwa lata to wytrzymam i więcej dlatego proszę Jonghyun nie zosta..!
Nie dokończyłem bo poczułem na swoich ustach drugie. Miękkie, słodkie wargi mojego osobistego boga. Byłem tak zaskoczony, że nie ruszyłem się ani o milimetr. Nie dawał za wygraną aż w końcu oddałem pocałunek. Delikatny. Lecz nie słodki. Gorzki i pikantny jednocześnie. Ale najlepsza czekolada nie mogłaby mi tego zastąpić. Najdroższe smakołyki, słodycze z całego świata mogły się schować przy tej pikanterii, odrobinie goryczy i kilogramach uczucia. Tak to było czuć baardzo wyraźnie. Złapałem go za szyję i przyciągnąłem jeszcze bliżej wywołując u niego ciche westchnienie.
-Taemin...dostanę jutro walentynkę...prawda?
Wypowiedział między kolejnymi pocałunkami. W końcu się od niego odkleiłem i trąciłem po raz ostatni jego nos swoim. Cały czerwony uśmiechnąłem się promiennie i spojrzałem mu pierwszy raz w oczy.
Tym razem już się nie bałem. Nie miałem czego. Pierwszy raz nie bałem się niczego. Jedyne co czułem to rozsadzające mnie szczęście.
I tak zostanie. Jestem pewien.
Póki będzie przy mnie Jonghyun nie muszę się bać niczego...

niedziela, 9 lutego 2014

Jongkey 1

-Jonghyun proszę Cię. Jedziemy czy nie?- Minho jak zwykle mnie pogania. Czy to nieoczywiste, ze dzisiaj wszystko musi być idealnie? W końcu to urodziny Kibuma nie? I tym samym nasza rocznica.
To było dokładnie rok temu w dzień taki jak ten. Kibum wrócił od menagera w bardzo złym humorze. Od zawsze go lubiłem. W końcu był moim przyjacielem. Postronny widz nie powiedziałby o nim 'najlepszy przyjaciel' a gdzie tam! Kibum był wredny, arogancki, wybuchowy, wolał gadać niż słuchać, nie miał w sobie ani krzty empatii, zawsze było go wszędzie i w żadnym wypadku nie był słodki. Mogą sobie tam mówić o jego aegyo na wizji, ale realnie....ehhh....
Całkowite przeciwieństwo Minho. Ten mógłby nosić miano best frienda. Ooo tak. Zawsze był kiedy go potrzebowałem. Zawsze mnie słuchał i udzielał rad. Nie litował się nade mną tylko dawał mi kopa w dupe żebym się pozbierał.
Całkowite przeciwieństwo Taemina. Młody był strasznie natarczywy...kiedy tylko widział, że coś jest nie tak od razu kazał wszystko sobie wyjaśniać. Pod tym względem był na prawdę wkurzający. Ale bylem mu zawsze potem wdzięczny, że wyrwał to ze mnie. Kiedy już mu powiedziałem o co chodziło on dawał mi jedno ze swoich mlek, wkładał do reki ulubionego misia i bez słowa mnie przytulał. To było cudowne. Nie prawił mi bezsensownych kazań, nie kazał się uśmiechać na siłe, nie podważał moich decyzji, tylko siedział.
Całkowite przeciwieństwo Onew. Ten o dziwo zawsze był przy mnie. Czy tego chcialem czy nie. Kiedy bylem smutny robił wszystko aby mnie rozweselić. A kiedy już nic nie pomagało siadał obok mnie i dołował się razem ze mną. Tyle, że nigdy nie pytał o powód. Siedział i bezgłośnie mnie pocieszał samą swą obecnością co jakiś czas dotykając swoim kolanem moje. Zupełnie jakby chciał abym czuł, że ze mną jest.
Cala ta trójkę można było nazwać przyjaciółmi, ale ja idiota wybrałem inny obiekt zwierzeń.
Grupowa diva miała swoje własne problemy, jak proste kreski czy nie nachodzące skórki u paznokci. Kiedy chciałem pogadać słyszałem coś w stylu 'ehe, aha, nom' albo prosto z mostu 'Jong, serio, nie mam teraz czasu, powiesz mi później.' Nigdy nie obchodziły go moje sprawy, chociaż kiedy on sam miał problem zawsze byłem tuż obok. Płakał mi na ramieniu, wyklinałem razem z nim, przytulałem kiedy tego potrzebował, a kiedyś nawet trzepłem w łeb jak zagroził, że samobójstwo cep jeden popełni. Obraził się na kilka dni, ale udobruchałem go zestawem do pielęgnacji włosów.
Ale mniejsza z tym.
Kibum wrocił do domu okropnie wzburzony. Pewnie menager znowu kazał mu współpracować z Leeteukiem. Nie cierpi go wręcz, zresztą ze wzajemnością.
Wbiegł do domu od progu wyklinając i trzaskając głośno drzwiami. Czytałem wtedy bodajże jakieś bajki. Czasami zbiera mi się na takie sentymenty. Odłożyłem książkę wiedząc co mnie czeka i wstałem poprawiając koszulkę. Chwile później do pokoju jak huragan wleciał mój wspaniały 'przyjaciel'. Rzucił się z rykiem na poduchę, pokręcił się trochę jak dziecko w furii i wstał podchodząc do mnie szybko po czym jak zwykle oparł się czołem o moja klatkę i zaczął narzekać 'jak ja go nienawidzę'. Zaśmiałem sie wtedy i pogłaskałem go po czarnych włosach.
-Może ty się w nim zakochałeś co Key? - mimo, że sam wypowiedziałem te słowa zakuło mnie coś w piersi. Bylem zazdrosny. To był głupi żart, i to w dodatku mój, a ja się zrobiłem zazdrosny. Czemu?
1.Kochałem Kibuma. Gdyby się z kimś związał nie miałby dla mnie czasu.
2.Kibum był gejem i to w dodatku bardzo atrakcyjnym, wiec nie trudno tu o kandydatów...
3.Sam chciałem być jednym z nich.
Wewnątrz tak jak reszta szalałem za nim, tworzyłem plany, obmyślałem scenariusze, ale z zewnątrz byłem tym samym starym Kim Jonghyunem vel skamieliną vel kupą mięśni.
-Niee...to nie byłoby możliwe.
-Nah. Nie możesz być tego taki pewien Bummie. Leeteuk to znakomity facet. Przynajmniej nie było by nudno. -głośno przełknąłem gule rosnącą mi w gardle z każdym słowem. Dlaczego dalej to ciągnę?
-Nie jest wspaniałym facetem. A poza tym...czy ty mi próbujesz wcisnąć Leeteuka do serca na siłę? Naprawdę uważasz, że na mnie zasługuje? -Poczułem się okropnie. 'Oczywiście, że nie zasługuje. Nikt oprócz mnie na Ciebie nie zasługuje Kibummie. Ale ty tego idioto nie widzisz.'
-Nie o to mi chodziło. Po prostu...jeżeli Leeteuk zaprosiłby Cie na randkę albo coś to powinieneś się zgodzić.
-W życiu. Nigdy się nie zakocham w Leeteuku. Ani w nikim innym zresztą też sie nie zakocham. -pamiętam, że obiął mnie wtedy rękoma w pasie i przytulił mocno. Mimo, że byłem niższy to on wtulał sie we mnie jak dziecko szukające ciepła u matki.
-Dlaczego? Jest tyle facetów mogących dać Ci szczęście a ty tego nie chcesz? Dlaczego Kibum?
Usłyszałem tylko cichy szept i czas się dla mnie zatrzymał. Nie wiedziałem czy to było wytworem mojej wyobraźni, przesłyszałem sie czy jednak naprawdę tak powiedział. Nie wiem ile wtedy stałem jak slup aż wreszcie przetrawiłem te słowa 'Żaden z nich nie jest tobą Jong...'
-Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego co właśnie powiedziałeś?
-Tak. Jeżeli chcesz mnie odrzucić z powodu moich uczuć proszę bardzo. Przygotowałem się. Ale błagam Cie nie odrzucaj mnie jako swojego przyjaciela. -przyległ do mnie jeszcze mocniej zaciskając dłonie na plecach. Bez chwili zastanowienia popchnąłem go na ścianę i wpiłem w jego usta. Smakowały cytryną. Kwaśne, mocne. Ale wspaniałe. Całowałem go tak zażarcie jakby zależało od tego moje życie. Poniekąd zależało...a przynajmniej moja przyszłość. On nie był bierny. Po kilkudziesięciu dobrych sekundach oderwaliśmy sie od siebie głeboko oddychając. Co chwile muskaliśmy sie ustami już spuchniętymi od pocałunków.
-Kocham Cie Jonghyun...
-Nic teraz nie mów bo wszystko zepsujesz cholero...
-Teraz to ty wszystko zepsułeś tą cholerą...
- Ale i tak mnie kochasz.
-...z grzeczności nie zaprzeczę...
I pocałował mnie znowu. Tym razem delikatniej. Było w tym o wiele mniej pożądania, a więcej uczucia. Byłem tak szczęśliwy jak nigdy.To było wręcz nielogiczne. Tak nieprawdopodobne. Kibum zaczął płakać. Pocałowałem go w czoło i przytuliłem bardzo mocno.
-Ja tez Cie kocham Bummie...
Pamiętam jak wstrząsnął nim szloch i zamoczył mi cała koszulkę czarnym tuszem. Kiedy spojrzałem na niego miał czarne strumyczki na polikach, czerwone oczy, spuchnięte usta. Przykład klęski żywiołowej. A dla mnie był tak cudowny jak wtedy kiedy był umalowany, jak wtedy kiedy spał spokojnie jak dziecko, jak wtedy kiedy sie budził z rozbieganym wzrokiem i rozczochranymi włosami. Widziałem go już w wielu sytuacjach, a jednak ta była wyjątkowa.
-Kim Jonghyunie, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego co właśnie powiedziałeś? Teraz nie zostawię Cie choćbyś tego chciał.
-Nigdy nawet bym tak nie pomyślał głupolu.
ucałowałem go po raz ostatni w kącik malinowych ust.
Kochałem go wtedy myśląc, że jedyne na co go stać to egoizm i wyklinanie wszystkich po kolei.
Kocham go teraz, kiedy wiem, że mimo iz krzyczy, narzeka, płacze przez innych nigdy nie ma na mysli mnie. Jestem na honorowym miejscu w jego sercu.
I bede go kochał póki moja dusza, ciało i umysł będą współgrać. A w zasadzie nawet już po tym i tak go bede kochal.
Dlatego dzisiaj wszystko musi być pierwszorzędne. Prezent jest idealny. Okazja jest idealna. Otoczenie jest idealne. Kim jest idealny, wiec zasługuje na wszystko co takie jest. Wiec i ja musze sie postarać...
Życzcie mi szczęścia.