sobota, 6 września 2014

JongKey 2.

Witam po wakacjach! ^ ^ Jak wam minęły te 2 miesiące? Bo mi szczerze powiedziawszy bardzo szybko ._. Wyjazdy co chwilę to do babci, to na obóz, to z rodzicami... wszystko i nic. A wy gdzieś byliście?
Właśnie... WY. nawet sobie nie wyobrażacie mojej reakcji kiedy weszłam wczoraj w nocy na bloga z myślą "Jutro już wstawię, a teraz sprawdzę co ja tam pisałam...". Wchodzę... a tam blisko 1200 wyświetleń i nowe komentarze.... zaczęłam sprawdzać, czy to na pewno mój blog ._. Dziękuję wam! Nie wiem kto mi tyle tego nabił... ale to naprawdę miłe. Po dwóch miesiącach zobaczyć wzrost wyświetleń do takiego stopnia... I jeszcze te komentarze. Dziękuję za każdy. POWTARZAM SIĘ! Ale taka prawda... Dziękuję :))
Ale teraz zapraszam na nowego JongKeya ^ ^ Pamiętajcie... wytykajcie każdy błąd ._. xD
Miłego czytania :)
__________________________________________________
-Dzień dobry. Kim Kibum prawda? Nazywam się Kim Jonghyun, jestem szefem pańskiego ucznia Joaquina i dziś to ja będę dla pana gotował. Czy wybrał pan już dania?
Pamiętam to jakby to było dzisiaj wiesz Jonghyun? To było około cztery lata temu. Moja klasa licząca 28 osób pisała ostatni test w roku. W mojej klasie był także Joaquin, który pracował w twojej restauracji. Po wynikach testu jako podziękowanie za lata wspólnej nauki zaprosił mnie do J&K. Po zajęciach od razu tam pojechałem i zachwycając się pomieszczeniem usiadłem przy stole w końcu sali. Tuż pod oknem. Do dzisiaj pamiętam numerek... To jest mój stolik. Zawsze tu przychodzę i czekam aż wreszcie do mnie podejdziesz jak za pierwszym razem.
Usiadłem wtedy i pierwsze co zrobiłem to wziąłem do rąk kartę dań... Było w niej mnóstwo nazw dań, których nigdy wcześniej nie widziałem. Jakieś Gallette, antrykoty, quiche, focaccia i wieeele innych. Kiedy w końcu stwierdziłem, że zabieram się stąd bo to nie miejsce dla takiego kogoś jak ja zobaczyłem Ciebie... Wychodziłeś z kuchni. Zarzuciłeś żółtą ściereczkę na ramię i przeczesałeś dłonią białe włosy. Uśmiechnąłeś się do kobiety siedzącej bliżej, zajadającej się chyba pannacottą, a potem odwróciłeś twarz w moją stronę. Zwolniłeś na chwilę, a potem uśmiechając się kącikiem ust podszedłeś do mojego stolika. Z każdym twoim krokiem moje serce uderzało coraz mocniej nie do końca wiedziałem dlaczego. Twoje spojrzenie było takie... dzikie. Przeszywało mnie na wylot. Miałem wrażenie, że penetruje mnie od stóp po sam czubek głowy. Zupełnie jakbyś patrząc tylko potrafił powiedzieć jaki jestem, co lubię, a czego nie. Byłeś jak zwierzę. Jak gepard czekający na swoją ofiarę... w tym przypadku na mnie. Z każdą sekundą twój uśmiech stawał się coraz szerszy, a spojrzenie zaczynało palić. Przyjemnie palić. W końcu stanąłeś przede mną i odezwałeś się tym zniewalającym głosem. Bez przerwy patrzyłeś prosto w moje oczy koniuszkiem języka zahaczając o dolną wargę. Mruczałeś na tyle cicho żeby nikt nie słyszał, ale na tyle głośno żebym usłyszał ja. Nie skupiałem się nawet na twoich słowach. Jedynie na melodii twojego zmysłowego szeptu. Widząc emocje wypisane na twojej twarzy sam się uśmiechnąłem półgębkiem i równie cicho odpowiedziałem używając twojego imienia widocznego na plakietce na piersi.
-Zaskocz mnie... Jonghyunnie.
Kiedy tylko otworzyłem usta twoje źrenice powiększyły się, a mięśnie na twarzy spięły się do tego stopnia, że widziałem jak przełykasz ślinę. Czekałeś na moje słowa tak ja na twoje. Po raz kolejny oblizałeś usta i kłaniając się lekko zacząłeś się cofać. Cały czas podążałem za tobą wzrokiem. Przyglądałem się twoim silnym dłoniom splecionym z tyłu w okolicach kości ogonowej. Dzięki temu po chwili spojrzałem na dwie kształtne półkule nazywane potocznie pośladkami. Były idealne. Ty byłeś idealny. Cały ty. Twoje swobodnie opadające na czoło partie grzywki, twój uśmiech sięgający samych oczu, twoje pełne usta (których pragnąłem na moich własnych...), twoje szerokie braki, umięśnione ramiona widoczne nawet pod luźnym kucharskim fartuchem, męskie dłonie naznaczone żyłkami, zwężająca się ku dołowi talia, twoje biodra przytrzymujące ciemne spodnie, twoje szczupłe nogi.
Zaraz po tobie przyszedł do mnie kelner stawiając na stoliku butelkę czerwonego wina. Spojrzałem na nią ze zgorszeniem po czym uśmiechnąłem się do mężczyzny i nalałem trochę znienawidzonego trunku. Chciałem ledwie sprawdzić... Przyniosłeś pierwsze danie. Potem kolejne. I deser. Za każdym razem stawiałem przede mną talerz tłumacząc co się na nim znajduje. Marchewki glazurowane w miodzie, piersi z kurczaka nadziewane ricottą owinięte w szynkę parmeńską z dodatkiem fasolki szparagowej z orzechami, a na koniec czekoladowe fondant...
Te wszystkie dania sprawiły, że przeżyłem pierwszy w życiu kulinarny orgazm. Zakochałem się. Pieprzyłem te dania własnymi ustami chcąc coraz więcej. Nie dlatego, że to było coś co uwielbiałem... Szczerze powiedziawszy od miodu zwykle robiło mi się nie dobrze, nie cierpiałem ani szynki parmeńskiej ani orzechów, a do białej czekolady z której mus był na górze deseru miałem uraz jeszcze z dzieciństwa... ale mając świadomość, że te rzeczy robił on... znany Kim Jonghyun... że to właśnie jego dłonie z pełną pasją przygotowywały te posiłki by potem dostarczyć je mi sprawiały, że to było najlepsze co mnie w życiu spotkało. To było coś bez czego teraz nie mógłbym się obejść. Marchewki były drażniąco słodkie. Ich smak przelewał się w moim gardle podrażniając je od nadmiaru słodyczy, ale nie byłem w stanie powstrzymać się od jedzenia. piersi z kurczaka były idealnie słone, kwaśne, miękkie tak, że aż rozpływały mi się w ustach. A za to deser... Czekoladowe fondant... Tego nie jestem w stanie opisać do dnia dzisiejszego. Nie ma słów, które opisały by smak tej czekolady złączonej z cierpkim i gorzkim winem, które stało się nieodłączną częścią tego obiadu. Czułem się jakbym miał się zaraz popłakać od nadmiaru emocji. Czułem wszystko naraz... To dosłownie było jak seks... wpierw słodka gra wstępna omamiająca wszystkie twoje zmysły... potem największa zabawa. Kiedy nie panujesz już nad sobą, a jedynie czujesz... i na koniec... słodko gorzki orgazm po którym przez kilka następnych chwil nie wiesz co się w okół Ciebie dzieje. Nie byłem w stanie spojrzeć Ci po tym w oczy. Nie wiem czy właśnie takie uczucia chciałeś we mnie wywołać czy to tylko moje chore postrzeganie rzeczywistości... ale wstyd mi było znów spojrzeć w twe czekoladowe tęczówki. Wtedy było by już całkowicie po mnie. Leżałbym na całej linii. Przyznałbym, że się poddaje. Że jestem za słaby by Ci się sprzeciwić. Taka była prawda choć bałem się do tego przyznać sobie samemu.
Przychodziłem tam codziennie. Przez jakiś czas obserwowałem Cię z daleka. Próbowałem twoich dań i za każdym razem przeżywałem to samo. Zacząłem Cię po jakimś czasie pragnąć bardziej niż czegokolwiek. Niż szczęścia, niż bólu, niż słodyczy czekolady, niż gorzkiego posmaku wina... Kojarzyłem Cię z nimi. Z czekoladą i winem. Byłeś słodki, niewinny, taki szczery gdy gotowałeś. Gdy widziałem przez szybę skupienie malujące się na twojej twarzy wiedziałem, że robiłeś to z miłością. Za to kiedy na mnie patrzyłeś, kiedy ukradkiem muskałeś moją dłoń leżącą na stole, kiedy zwracałeś się do mnie tak dobrze już znanym mi pomrukiem byłeś gorzki i drażniący całe me ciało jak wino gardło. Właśnie tym dla mnie początkowo byłeś. Fascynowałeś mnie. Aż nie zdałem sobie sprawy... że ta chora fascynacja to po prostu miłość. Pragnienie. Strach przed utratą.
Po miesiącu powiedziałem wreszcie "Dzisiaj. O północy, tutaj. Słodki wieczór.". Tylko tyle. I wyszedłem nawet nie patrząc na twoją minę. Słodki wieczór to była wyjątkowa atrakcja. Można było wybrać jednego z kucharzy i zaprosić go na taki wieczorek polegający... na zabawie. Wybrany kucharz przygotowywał kilka potraw, zasłaniał Ci oczy, a ty musiałeś zgadywać. W zamiar za odgadnięte potrawy otrzymywało się nagrodę. Na przykład darmowe desery przez tydzień, wejście do kuchni, kilkudniowe praktyki czy inne atrakcje. Dla mnie liczyły się tylko chwile sam na sam z szefem kuchni. Kiedy przyszedłem od razu zostałem zabrany przez Ciebie do kuchni, posadzony na metalowym blacie, a ty zasłoniłeś mi oczy czerwoną chustką.
Czułem twoje palce muskające moje policzki.
Twoje dłonie zaciskające mocno węzeł z tyłu mojej głowy.
Czułem jak stanałeś między moimi nogami, żeby być jak najbliżej.
Czułem ciepło twojego oddechu na swojej twarzy.
Czułem twoją obecność.
Próbowałem kolejnych dań nie odgadując żadnego z nich. Śmiałeś się ze mnie, a potem podawałeś łyżkę bądź widelec z następną porcją. Łapałeś mój podbródek i rozwierał kciukiem moje wargi. Pozwalałem Ci na to, a nawet na jeszcze więcej. Chciałem tego. W końcu... zgadłem. Deser. Tort Pavlovej. Tort bezowy. Najlepszy jaki w życiu jadłem. W nagrodę odsłoniłeś moje oczy i wędrując nosem po moim poliku powiedziałeś, że życzenie należy do mnie. Powiedziałem jedynie "Pocałuj mnie", a ty zrobiłeś to bez wahania. Wpiłeś się boleśnie w moje wargi zgniatając je swoimi własnymi. Odpowiadałem równie gorliwie chłonąc sekundę za sekundą. Oboje oddychaliśmy nosem, żeby stracić jak najmniej. Żeby nie oderwać się od siebie nawet na sekundę. Nie wiem nawet jak nasze ciuchy wylądowały na ziemi, a my obaj pieszcząc nawzajem swoje ciała wiliśmy się po kuchennym stole. To było wspaniałe. Nie chciałem, żeby się kończyło. Chciałem jeszcze więcej. Dużo więcej. Chciałem Cię na wyłączność.
I w końcu dostałem. Pozwoliłeś mi przy sobie zostać na dłużej. Z każdym dniem ja zakochiwałem się w tobie coraz bardziej tak jak ty we mnie... Nasze pierwsze walentynki... myślałem, że zapomniałeś. Ale wtedy dostałem babeczkę. Była w niej notatka. Potem dostałem ciasteczko. Potem czekoladowo winną tartę. Potem kawałek tortu. Potem lizaka. Potem ptysia. Potem suflet. I na końcu Pavlovą. Kawałek bezy w której była zabezpieczona notatka. Poszedłem w miejsce które widniało na karteczce. Park w którym po raz pierwszym powiedziałeś mi, że mnie kochasz. Na ławce na której to się stało leżał gliniany kubeczek z czekoladowym fondant... obok niej koperta... a w niej ostatnia notatka.
"Myliłem się."
Nie kochałeś mnie. Wtedy nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Nie wiem na co liczyłem... ale na pewno nie na to... Poszedłem na dach budynku w którym mieszkałem. Płakałem przez cały czas. Nie byłem w stanie się uśmiechnąć. Tak bardzo Cię wtedy pragnąłem nienawidzić. Tak bardzo mnie to bolało... A jednak kiedy stanąłem przed tobą ty się uśmiechałeś. Pamiętasz? Zapytałeś "Wiesz po co była ta cała zabawa?", a ja wtedy wybuchłem.. zacząłem krzyczeć, i oskarżać Cię, a ty tylko śmiejąc się podszedłeś do mnie i wytłumaczyłeś mi wszystko... Chciałeś, żebym czytając notatki pojawiał się w miejscach, które nas łączyły... Żebym przypominał sobie te wszystkie sytuacje. Te dobre słowa i nie. Kłótnie i słodkie słówka. Żebym zrozumiał, że nawet jeżeli ja o tym zapomniałem, to ty nie. Że zawsze będziesz pamiętał. Bo mnie nie kochasz.... bo miłość to za mało. Bo to co do mnie czujesz to coś więcej niż jakaś tam miłość... I wtedy poprosiłeś mnie o rękę. Może i nie możliwym dla nas było wziąć ślub, ale obrączka na palcu była czymś w rodzaju "Widzisz? Moje uczucia do Ciebie są tak wielkie, że zawierzam Ci wszystko... na zawsze.". Zgodziłem się. Oczywiście, że się zgodziłem. Jak mógłbym tego nie zrobić...?
Żyliśmy jak w bajce. Mojej własnej. Przepraszam... naszej. Nie było to o tyle romantyczne i pełne niesamowitych chwil życie... co po prostu normalność. I to było wspaniałe. Ta normalność. Rutyna przez którą przechodzimy razem. Kochałem to. Kiedy rano budziłem się przez zapach świeżej kawy. Obracałem się w prawo a tam ty kucałeś przy naszym łóżku z białym kubkiem pełnym parującego napoju. Uśmiechałeś, a potem odkładając kawę na półkę rzucałeś się na mnie przygniatając do materaca. Całowałeś mnie kilka razy w usta śmiejąc się jak dziecko bo ja Cię zawsze przez to nazywałem głupkiem. Leżeliśmy razem jeszcze długo tarzając się po łóżku, owijając kołdrą, śmiejąc się z naszych fryzur, nazywając się brzydalami i śmierdzielami. Obaj śmieliśmy się z tego mimo wszystko dalej się całując, przytulając i przyduszając poduszkami. Potem zostawiając zimna już kawę ścigaliśmy się do łazienki gdzie przy jednym lustrze obok siebie myliśmy zęby. Popychaliśmy się umazani cali w białej paście co jakiś czas skradając sobie białego całusa. Potem razem braliśmy gorącą kąpiel gdzie ja myłem Ciebie, a ty mnie. Myłem Ci głowę, a ty nakładałeś mi na włosy odżywkę. Z piany robiliśmy sobie wąsy i brodę, pianką do golenia malowaliśmy serduszka na klatkach. Rozlewaliśmy wodę za wannę kiedy próbowaliśmy się nawzajem podtopić. Potem goliłem Cię, a ty nakładałeś mi balsam na ciało. Razem jedliśmy śniadanie karmiąc się albo nawzajem albo samemu komentując wszystko potem słowami "jesz jak świnia". Rozstawaliśmy się w restauracji. Brałem zrobiony przez Ciebie lunch i jechałem na uczelnie. Kochałem te nic nieznaczące chwile kiedy mogłem zawiesić Ci się na szyi prawie Cię dusząc, a ty mnie podrzucałeś na plecy i potem jak dwa głupki biegaliśmy po domu udając samoloty. Byliśmy jak dzieci. Ale właśnie to kochałem najbardziej. Ale wszystko co dobre musi się skończyć prawda? Musiałeś wyjechać... Na trzy tygodnie. Obiecałeś, że wrócisz i zabierzesz mnie na frytki do pierwszego lepszego fast fooda jakiego napotkamy... Ale ty nie wracałeś. cztery tygodnie... żadnej wiadomości.... sześć, dwadzieścia, trzydzieści... Rok. Zapomniałeś o mnie? Nie wiedziałem... Ale dalej trwałem w naszym domu, przyjeżdżałem codziennie do restauracji i siedziałem przy tym samym stole marząc żebyś za chwilę podszedł z miską swojej zupy szafranowej i całując mnie w skroń życzył smacznego... Ale tak się nie działo. Podobno miałeś wypadek. Nie wiem nic na ten temat. Tylko tyle, że po dwóch tygodniach obecności tam miałeś wypadek i trafiłeś do szpitala. Przeżyłeś. Tylko tyle wiem. Dlatego czekam. Może wrócisz, żeby przeprosić za tak długa nieobecność...?
Tak jak zawsze dzisiaj siedzę przy stoliku numer 79 przy oknie w rogu sali. Siedzę i piję wino. To samo co zwykle. To które kojarzy mi się z tobą. I wszystko było by tak jak zwykle... gdyby nie to, że ty właśnie stanąłeś przede mną. Tak jak po raz pierwszy. Białe włosy, ten sam pewny siebie uśmiech, silnie dłonie trzymające kartę dań, fartuch kucharza...
-Dzień dobry. Kim Kibum prawda? Nazywam się Kim Jonghyun, jestem szefem pańskiego ucznia Joaquina i dziś to ja będę dla pana gotował. Czy wybrał pan już dania?
Nie wiem co mam robić... przecież... co?
Zrozumiałem dopiero po chwili... Dopiero w chwili gdy spojrzałem na twoja dłoń... zobaczyłem, że nie ma na niej pierścionka. Nigdy go nie ściągałeś. I nigdy byś nie ściągnął....Chyba, że byś mnie nie znał.
Już rozumiem...
-Zaskocz mnie... Jonghyunnie...

2 komentarze:

  1. To było idealne *o*
    nawet jak były jakieś błędy to ich nie zauważyłam..
    skupiłam się bardziej na słowach i historii.
    To było takie genialne, że ja po prostu czytam i czytam i czytam. Ktoś dzwoni do drzwi, a ja mimo, że jestem sama w domu i wiem, że nikt nie otworzy to i tak czytam i czytam i czytam xD
    serio to było genialne!
    Jedno z najlepszych Twoich opowiadań!
    Pozdrawiam Anakin ~~^^

    http://cnbluestory.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. To chyba jest jedno z najlepszych opowiadań jakie przeczytałam<3

    OdpowiedzUsuń