_______________________
Minęło tyle lat. Nie widzieliśmy się ani razu.
Ile to czasu? Cztery lata? Pięć? Może dziesięć…?
Ile mil? Tysiące? Miliony? Może miliardy…?
Mimo, że sam się na to zdecydowałem zacząłem żałować tuż po wyjeździe.
Dlaczego? Bo dalej Cię kochałem. Tak cholernie mocno. Nieprzerwanie, od kiedy tylko sobie to uświadomiłem. Ile mogłem mieć wtedy lat?
Czternaście? Piętnaście? Może szesnaście…?
Niby nic. Wiek, kiedy każdy zaczyna się wahać. Jednak ja bylem gotowy poświęcić dla Ciebie wszystko gdybyś tylko tego chciał. Myślałem wpierw o tobie, nie o sobie. Słuchałem każdego twojego słowa błagając w myślach, żebyś mówił dalej. Dawałem Ci siebie, a ty tego nieświadomy brałeś garściami. Dawałem pomocną dłoń nigdy nie prosząc o twoją. Nie chciałem, aby twoje czyste i delikatne ręce babrały się w takim błocie jakim było moje życie. Ty sam nigdy nie pytałeś. Nigdy Cię to nie interesowało. Ta obojętność była z jednej strony prezentem, a z drugiej nożem, który raz po raz wbijałeś mi w plecy. Z czasem zakochiwałem się coraz bardziej, pragnąc już nie tylko twojej uwagi. Byłem zachłanny. Własne pragnienia mnie zniszczyły… Tak bardzo chciałem być przy tobie, że kiedy tak nie było, agresję wyładowywałem na sobie.
Wiesz co to oznacza?
Tak. Dobrze myślisz. Depresja. Nerwica. Szpital. Śmierć.
Nie no, nie przesadzajmy… bez tej śmierci. Ale pozostała część się zgadza. Depresja, z która zmagałem się sam. Nie było przy mnie nikogo. Ani mojej rodziny, ani Ciebie… w szczególności Ciebie. Gdybyś nawet zapytał, nie powiedziałbym Ci. Bałem się, że znienawidzisz tą część mnie… dlatego skrzętnie ukrywałem się za kurtyną uśmiechu. Ale ty nawet nie próbowałeś pytać… i ta świadomość, że nawet nie obchodziło Cię, czy dobrze się czuję, wykańczała mnie powoli. Pasożytowała we mnie wyżerając od środka, pozostawiając po sobie słodko kwaśny posmak, zupełnie jak cykuta rozlana po przełyku. Depresja pociągnęła za sobą nerwicę i stany lękowe, a one problemy ze zdrowiem… czy ktokolwiek zauważył? Nie. Nie dopuściłem do tego. Zamiast tego skrzętnie ukrywałem swoje smutki, z każdym dniem izolując się coraz bardziej. Najbardziej od Ciebie. Po pewnym czasie doszło do tego, że sam mnie znienawidziłeś… Sam się oddaliłeś, przestałeś mnie szukać wzrokiem, przestałeś pisać i rozmawiać. Cieszyłem się, bo to było równoznaczne z tym, że nie mam czego szukać i mogę sobie odpuścić. Ale nie ważne jak się starałem, nie mogłem tego zrobić… Dlatego uciekłem. Wyjechałem. Wyprowadziłem się. Uciekłem od Ciebie.
To była najlepsza decyzja w moim życiu.
Najlepsza i najgorsza zarazem.
Już w dniu wyjazdu pożałowałem tego z całego serca.
Powoli zapominałem. A przynajmniej tak sobie mówiłem. Próbowałem zapomnieć, o twoich ciemnych włosach, malinowych wargach, czekoladowych oczach. O twoim śmiechu, twoich uroczych na swój sposób dziwactwach. O sposobie w jaki przeciągałeś samogłoski, i szczegółach, które zauważałem tylko ja. Starałem się zapomnieć o tym wszystkim, powoli faktycznie zapominając. Zapomniałem jak wyglądałeś. Zapomniałem jaką barwę miał twój głos. Cieszyłem się. Mimo, że czasem dalej próbowałem do tego wrócić, to szybko porzucałem te zamiary. Uwolniłem się od Ciebie. Od wspomnienia twojego pocałunku. Jednego, jedynego, który był wynikiem zakładu… Od pamięci o cieple twoich ramion kiedy te owijały się wokół mojego pasa. O zapachu twojej szyi, która całowałem tyle razy, kiedy nieświadomy niczego słodko spałeś…
Każdego dnia żegnałem Cię z drugiej strony świata. Żegnałem Cię tymi samymi słowami: “Żegnaj Kibummie”. A mimo to każdego dnia w głębi duszy znowu Cię witałem mówiąc: “Hej, to ja, pamiętasz?”. Przepraszałem za wszystko co zrobiłem, i wszystko czego Ci zabrakło. Tłumaczyłem się tym, że się starałem. Jednak tak naprawdę byłem egoistą… bałem się, więc nie mówiłem Ci tego co powinienem, raniąc nie tylko siebie, ale i Ciebie. A ty zraniony wymieniałeś mnie na Minho, czy Onew. Żaden z nich jednak nie był mną i ty o tym wiedziałeś.
Jednak teraz postanowiłem wrócić. Byłem na to gotów.
Tak myślałem, jednak teraz kiedy stanąłeś przede mną otoczony znajomymi wszystko wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Chyba zrozumieli, że to nie czas. Odeszli pozostawiając nas samych i milczących na środku chodnika. Patrzyłem jak się zmieniłeś… Dojrzałeś… Dalej byłeś tak samo piękny, tak samo koci co zawsze. Uśmiechnąłem się sam do siebie z politowaniem po chwili kręcąc głową…
-Czy ty musisz zawsze być tam gdzie Cię nie potrzeba…?
-Słucham? -Zaskoczony moim pytaniem uniosłeś głowę dopiero po chwili zdając sobie sprawę z moich słów. Tak jak myślałem, zły ściągnąłeś brwi i spojrzałeś na mnie z nienawiścią łapiąc za poły czarnego płaszcza.
-Wyjechałem, żeby od Ciebie uciec, a kiedy wracam, jesteś pierwszą osobą jaką widzę. Nie tego chciałem…
Już po chwili poczułem gorący policzek. Spojrzałem na Ciebie zdziwiony jednak to i tak nic w porównaniu z tym, co poczułem widząc smutek i łzy w twoich oczach. Wyglądałeś tak jakbyś cierpiał… Ale nie przez moje słowa… Zachowywałeś się jakbyś czuł to samo co ja… Jakbyś był zły, że się spotkaliśmy, bo ty zdążyłeś zapomnieć. O moich pocałunkach, których jednak byłeś świadom. O moim dotyku, który nigdy nie był dla Ciebie niczym. O moim smutku, który skrywałem w sobie, a którego ty nie chciałeś wyciągać na zewnątrz bojąc się, że to tylko pogorszy sprawę.
A co jeżeli ten cały czas był jedynie czasem straconym…? Co jeżeli te mile były głupim pretekstem...? Co jeżeli poranne powitanie było silniejsze niż którykolwiek z nas się tego spodziewał? Co jeżeli oboje w uporze staraliśmy się zapomnieć o sobie, co było tylko drogą na około? Co jeżeli dopiero teraz wchodziliśmy na dobrą ścieżkę…?
Nie zważając na to, że dalej znajdowaliśmy się na chodniku ty powoli przysunąłeś się i spuszczając dłonie po moim płaszczu schowałeś twarz w moim szalu niewyraźnie prosząc…
-...Jonghyun… zacznijmy od nowa.